Witajcie w Anglii pod koniec XIX wieku, we wspaniałej choć zarazem mrocznej i zagadkowej epoce wiktoriańskiej. Mnożą się tajemnicze przestępstwa nad którymi Scotland Yard załamuje bezradnie ręce. Londyn staje się polem kryminalnych rozgrywek i zbrodni mrożących krew w żyłach. Zaniepokojona Królowa Wiktoria uruchamia wszystkie swoje siły do tego by zwalczyć rosnącą przestępczość. Ten mroczny świat zamieszkują wspólnie z ludźmi: demony, które wykorzystując słabość człowieka zawierają kontrakty w zamian za dusze śmiertelników; anioły pragnące oczyścić plugawą ludzkość z grzechów; shinigami zaprowadzające porządek pośród problematycznych dusz, a także piekielnie zwierzęta o nieprzewidywalnej naturze. To wszystko dzieje się już poza wiedzą i poza wzrokiem zwykłych ludzi, jednak ma na ich życie ogromny wpływ. Przetrwanie w tym świecie jest prawdziwym wyzwaniem, które może okazać się przygodą na śmierć i życie.
► Login = imię i nazwisko postaci bądź tylko imię (jeśli nie ma nazwiska).
► Uczestników eventu Sekta zapraszamy tutaj! Wciąż można się zapisywać!



POSZUKIWANIA
► Albert poszukuje przyrodniej siostry.
► Czarny Szermierz, Afuro Aphrodi Terumi i Zeno Hen poszukują różnych relacji.
► Wasil poszukuje ochotnika do sesji.
► Mark poszukuje przyjaznej duszyczki.

Listopad 1889r.
Deszcz, pochmurne niebo i porywiste wiatry będą towarzyszyć nam niemal codziennie. Temperatura będzie wynosić maksymalnie 7'C w dzień, w nocy zaś 2'C.

Poprzedni temat «» Następny temat
Uliczka
Autor Wiadomość
Geoffrey Baudelaire


Rodzina: również Baudelaire
Wiek: 28 zim
Znaki szczeg?lne: złote oczy, kruk i rude włosy
Ekwipunek: papierośnica, notatnik, pióro, zapałki, zegarek
Kontrakt z: to skomplikowane
Poziom ?ycia: przy nim i tak będzie koło 80%
Dołączył: 26 Wrz 2015
Posty: 6
Wysłany: 2015-10-24, 11:10   

Chwil? patrzy? jeszcze na swoj? ofiar? ze zbyt szybko bij?cym sercem. To by?a ju? druga osoba, kt?r? zabi?, a jednak ca?y czas trwo?y?o go to r?wnie bardzo. Opar? si? o ?cian?, zamykaj?c oczy i odetchn?? g??boko nosem, pozwalaj?c, aby ostry, mro?ny wiatr podra?ni? jego nozdrza. Jego puls zacz?? zwalnia?, spi?te cia?o by?o teraz nieco rozlu?nione.
Ostatecznie i tak nie cofnie czasu, a przez swoje kontakty z demonami i tak by? spisany na straty. Nie by? Faustem, aby pod koniec swego ?ycia tak czy inaczej by? wzi?tym do nieba. Opr?cz szalonej mi?o?ci oraz wrodzonej dobroci (jak?e niewidocznej w tej chwili) nie zrobi? nic, co mia?oby mu w tym pom?c.
Wtedy te? us?ysza? d?wi?k, jak gdyby kot skacz?cy z jakiego? przedmiotu, chrupni?cie rozdzieraj?cego cia?a oraz j?k. Kot? Nie… Kot nie by?by tak ci??ki, cz?owiek prawdopodobnie te? by?by nieco l?ejszy, a zatem… Otworzy? nagle oczy, plecami jeszcze bardziej przylegaj?c do ?ciany. Ponownie by? ?wiadkiem czego?, czego by? nie powinien. Ukry? si? w cieniu, otuli? nim jak bezpieczn? os?on?, sta? si? niewidoczny... I patrzy?. W istocie, to nie by? cz?owiek. Nie zna? jednak tego rodzaju istot. W ko?cu demony si? tak nie zachowuj?, a… to co?… wygl?da?o jakby by?o na s?u?bie.
Prze?kn?? zn?w ?lin?. Nie odpowiedzia? na powitanie. Wobec istot „nadprzyrodzonych” raczej nie powinien si? ba? odpowiedzialno?ci. Nie wyobra?a? sobie, aby teraz demon poszed? do Scotland Yardu i powiedzia? „Chcia?bym zg?osi? morderstwo”. Swoj? drog?, jakie? by?oby to poetycko ironiczne. O ile ogromna blond posta? nie zaszczyci?a Geoffreya spojrzeniem, ten si? w ni? niemal nim wwierca?. Nie rozumia?, co robi?, a wrodzona ciekawo?? sprawia?a, ?e chcia? dowiedzie? si? tego za wszelk? cen?.
A m?g? zosta? dziennikarzem.
Odpowiedzia? dopiero za trzecim razem.
- Przepraszam, nast?pnym razem b?d? broni? si? po godzinie. Chocia?… W?wczas ju? chyba nie b?d? mia? jak. – Odpar?, nie odrywaj?c si? od ?ciany. Zrobi? to dopiero po chwili, powoli, niemal niepewnie robi?c krok do przodu. Pierwsza z cienia wysun??a si? jego noga, potem wy?oni?a si? ca?a sylwetka. Rude w?osy nabra?y nieco ?ywszego koloru w ?wietle latarni. Zmru?y? z?ote oczy. – Kim… czym jeste??
_________________
    If only angels could prevail
    We'd be the way we were
    Johanna
 
     
Cyrus

Wydz. Żniwiarzy

Rodzina: Ten duży z czarnymi kudłami.
Wiek: Zgubił się gdzieś po drugim tysiącleciu.
Znaki szczeg?lne: Tatuaże i .... A kij, sam się domyśl.
Ekwipunek: Dużo wszystkiego.
Kontrakt z: Tequilą.
Kosa ?mierci: Metalowe szpony. Charlotte i Lucil dla ścisłości.
Poziom ?ycia: 100%
Dołączył: 01 Maj 2014
Posty: 45
Wysłany: 2015-10-24, 23:08   

W raz z momentem, w kt?rym Geoffrey Baudelaire opu?ci? swoj? przytuln?, zacienion? kryj?wk?, wchodz?c w obr?b latarnianego ?wiat?a, ca?e jestestwo Cyrusa dozna?o gwa?townego wstrz?su, sprawiaj?c, ?e m??czyzna wci?gn?? szybko powietrze i zamar? w miejscu z szokiem wyrytym na poblad?ej jak papier twarzy. Przed oczami m??czyzny przelatywa?y tysi?ce obraz?w, a jego twarz wykrzywia?a si? kolejno w wyrazie ogromnej rado?ci, niedowierzania, zw?tpienia, przera?enia, wreszcie gniewu i frustracji. Blondyn sta? w miejscu, niezdolny do wykonania najmniejszego nawet ruchu, sparali?owany nat?okiem my?li i wspomnie?, kt?re mimo usilnych stara? zalewa?y jego umys? rw?cym potokiem niechcianych dozna? i emocji. ?renice Cyrusowych oczu rozszerzy?y si? znacz?co, a sam shinigami drgn??, jakby pora?ony pr?dem, czuj?c, jak po jego plecach przebiegaj? ciarki. W zaledwie u?amku sekundy ?niwiarz ponownie prze?y? ponad dwie?cie lat swojego marnego ?ycia, widz?c i czuj?c to, o czym wola?by jak najszybciej zapomnie?. Wszystkie wsp?lne chwile, rozmowy i przygody wr?ci?y do niego powoduj?c niezno?ny b?l w klatce piersiowej. Twarz m??czyzny wykrzywi? paskudny obraz rozpaczy i cierpienia o jakim wi?kszo?? ludzi nawet nie wiedzia?o. ?niwiarz sta? i wpatrywa? si? w obcego przecie? m??czyzn?, nie mog?c odwr?ci? oczu. To nie mog?a by? prawda. To nie m?g? by? on.
Cyrus zamruga? kilkakrotnie i patrzy? na stoj?cego przed sob? m?odzie?ca, nie mog?c uwierzy? w to, co widzi. Nie chcia? w to wierzy?. Mia? nadziej?, ?e kto? zaraz sprzeda mu solidnego kopniaka i wyrwie go ze snu, kt?ry ju? wielokrotnie nawiedza? go nocami. Cz?owiek, kt?ry przed nim sta?....Nie, nie m?g? go pomyli? z nikim innym. Nie jego. Wszystkich, tylko nie jego. Wiedzia? o nim wszystko. Rudzielec by? co najmniej trzydzie?ci centymetr?w ni?szy, a do tego mia? wyj?tkowo smuk??, zdrow? sylwetk?. Trudno go by?o jednak pos?dzi? o chocia?by cie? dawnej muskulatury, czemu m??czyzna nawet nie pr?bowa? si? dziwi?. Ostre rysy twarzy, szpiczasty nos i nieco kwadratowa szcz?ka, w kt?r? uderza? niezliczon? ilo?? razy podczas przyjacielskich przepychanek, przyd?ugie, wiecznie zmierzwione rude loki opadaj?ce na niemal ???te, tajemnicze oczy wpatrzone wprost w niego. Oczy, w kt?re kiedy? gapi? sie dzie? za dniem, bez problemu wyczytuj?c z nich ka?d?, najmniejsz? nawet zmian? w samopoczuciu rozm?wcy. Wszystko to wygl?da?o tak samo jak dwie?cie lat temu. Dok?adnie tak, jak w dniu, gdy wszystko co dobre, sko?czy?o si? niespodziewanie, pozostawiaj?c po sobie jedynie gorzkos?ony posmak cierpienia.
-Nie.-Wydusi? z siebie w ko?cu, jakby stara? sie przy okazji pozbawi? si? z ramion wielkiego ci??aru.-Nie. Nie. Nie. Nie. Nie........NIE. No kurwa nie. Nienienienienienienienienienienienienienieneinieneineinienieneinienienienienienienienie. Nie, rozumiesz? Nie! Ty nie mo?esz by?....!-Cyrus potrz?sn?? g?ow? i urwa?, ruszaj?c na prz?d. Musia? go dotkn??. Przekona? si?, ?e to nie kolejny figiel sp?atany mu przez zm?czony ?yciem umys?. Chwyci? Reya za rami?, a gdy r?ka wbrew jego oczekiwaniom nie przesun??a si? w powietrzu, a zatrzyma?a na ?ywym ciele drgn?? i odsun?? si? gwa?townie, patrz?c na niego z rozpacz?.-Ty nie mo?esz nim by?. Nie masz prawa by?....Umar?e?, stary. Pami?tam, ?e umar?e?. Z reszt? nawet gdyby? wtedy nie umar?...Gdybym w tedy....Nie masz prawa tyle ?y?! Nie masz Prawa by?...!Ale je?li nie jeste? nim, to...-Urwa? zn?w i chwyci? go za ubranie, unosz?c do g?ry tak, ?e nogami dynda? wysoko nad ziemi?. Opar? go o mur pobliskiej kamienicy i spojrza? mu g??boko w oczy.-Jak si? nazywasz? Kim ty kurwa jeste??!
_________________
 
     
Geoffrey Baudelaire


Rodzina: również Baudelaire
Wiek: 28 zim
Znaki szczeg?lne: złote oczy, kruk i rude włosy
Ekwipunek: papierośnica, notatnik, pióro, zapałki, zegarek
Kontrakt z: to skomplikowane
Poziom ?ycia: przy nim i tak będzie koło 80%
Dołączył: 26 Wrz 2015
Posty: 6
Wysłany: 2015-10-26, 14:57   

Reakcja, kt?r? zasta?, zdecydowanie nie pokrywa?a si? z reakcj?, jakiej oczekiwa?. ?ci?lej… Nie spodziewa? si? niczego. Nawet cienia zainteresowania. W ko?cu by? tylko cz?owiekiem, co dot?d inne, znajome mu istoty nadnaturalne bardzo ch?tnie podkre?la?y. Cz?owiek r?wna? si? ze zwierz?ciem, a i takie por?wnanie by?o sporym post?pem. Czasem by? w ko?cu po prostu niczym. W przypadku demona po prostu kolacj?, w przypadku tego kogo?… No w?a?nie, kim on by??
Przez ca?y czas, kiedy zg??bia? tematy diab??w, demon?w, upad?ych i tym podobnych, ani razu nie natkn?? si? na kogo? takiego jak on. By? mo?e szuka? w z?ych ksi??kach, ale koniec ko?c?w osi?gn?? zamierzony efekt, przez co do dzi? plu? sobie w brod?. M?g? przywo?a? jakiego? grzecznego demona i by?oby z nim o wiele pro?ciej.
Wracaj?c jednak do tajemniczego blondyna, kt?ry najwyra?niej znajdowa? si? w ci??kim szoku…
Geoffrey zlustrowa? go spojrzeniem, jakby chc?c pozna? ka?dy szczeg?? jego wygl?du. Ta reakcja go zdziwi?a, co doskonale odmalowa?o si? w jego spojrzeniu. W z?otych oczach pojawi?o si? niezrozumienie, nieme pytanie „O co w?a?ciwie chodzi?”.
Odgarn?? rude w?osy za ucho, nie wykonuj?c ju? ?adnego ruchu. Prawd? powiedziawszy, nie mia? ju? nawet szansy. Zd??y? unie?? brew, rozchyli? usta, jakby mia? co? powiedzie?, jednak zaraz zamkn?? je skonsternowany. Ta sytuacja by?a wyj?tkowo kr?puj?ca i deprymuj?ca. Za kogo go mia?? Kim by?? O co, psiakrew, chodzi?o?
- Hej, spokojnie!
Mimowolnie zacz?? si? cofa?, kiedy tylko nieznajomy ruszy? w jego stron?. By? mo?e tak nakazywa? mu instynkt samozachowawczy, bo zrobi? tu zupe?nie odruchowo, gdy tylko w jego sercu ponownie pojawi? si? niepok?j. Obroni? si? przed znajomym morderc?, aby zgin?? z r?k nieznajomego. To by?by szczyt jego farta. R?ka m??czyzny jednak i tak go dosi?g?a, a du?a d?o? dotkn??a chuderlawego ramienia. Geoffrey ponownie spojrza? na niego, pragn?c wyja?nie?, jednak w tym pokoju s??w nieznajomego nie mia? prawie szansy na powiedzenie czego? od siebie. To coraz bardziej go intrygowa?o i sprawia?o, ?e by? coraz bardziej zak?opotany. Jedyne, co wiedzia?, to, ?e wygl?da? jak kto?, kto kiedy? ju? ?y? i najwyra?niej by? dla tego kogo? wa?ny. No prosz?, a my?la?, ?e jest jedyny w swoim rodzaju.
Nabra? g??boko mro?nego powietrza w p?uca, gdy poczu?, ?e brak mu gruntu pod nogami. Zacz?? nieco nimi wierzga?, mimowolnie zaciskaj?c d?onie na jego nadgarstkach.
- Pu?? mnie, na lito?? bosk?. – Wykrztusi?, wydaj?c z siebie ciche st?kni?cie, gdy gwa?townie uderzy? w ?cian? plecami. – Nazywam si? Baudelaire… Geoffrey Baudelaire… Jak Harry Baudelaire, Charles… Odstaw mnie! – W jego g?osie ani na moment nie pojawi? si? strach. W jego aktualnym stanie ducha by?o ju? tylko zrezygnowanie, czasem stanowczo?? albo obie naraz, tak, jak w tym momencie. – Do kogo jestem podobny? O czym ty m?wisz? I kim jeste?? – Bombardowa? go pytaniami, a rude w?osy ponownie opad?y mu na twarz.
_________________
    If only angels could prevail
    We'd be the way we were
    Johanna
 
     
Cyrus

Wydz. Żniwiarzy

Rodzina: Ten duży z czarnymi kudłami.
Wiek: Zgubił się gdzieś po drugim tysiącleciu.
Znaki szczeg?lne: Tatuaże i .... A kij, sam się domyśl.
Ekwipunek: Dużo wszystkiego.
Kontrakt z: Tequilą.
Kosa ?mierci: Metalowe szpony. Charlotte i Lucil dla ścisłości.
Poziom ?ycia: 100%
Dołączył: 01 Maj 2014
Posty: 45
Wysłany: 2015-10-26, 23:26   

Przez d?u?szy moment Cyrus milcza?, wpatruj?c si? w wisz?cego przed nim m??czyzn? tak, jakby szuka? w jego hipnotyzuj?cych, z?otych oczach czegokolwiek, co pozwoli?by mu si? uspokoi?. Sam nie wiedzia? dok?adnie, co chcia?by w nich zobaczy?. Mo?e dow?d na to, ?e si? pomyli? i cz?owiek, kt?rego trzyma wcale nie wygl?da tak jak wygl?da? Ostatecznie, sama my?l o tym, ?e blondyn mia?by ponownie cierpie? wszystkie te katusze zwi?zane z tymi jednymi, cholernymi oczami doprowadza?a go do sza?u. Cho?, z drugiej strony, mo?e w?a?nie tego chcia?? Mo?e rado?? z ponownego spotkania, lub b?ysk jaki pojawia? si? w nich niegdy?, gdy przysz?o im wymienia? si? porozumiewawczymi spojrzeniami czy pojedynczymi zerkni?ciami by?by w stanie odegna? ca?y b?l i rozpacz, jakie k??bi?y si? teraz w zm?czonej g?owie wielkoluda. Prawdopodobnie zadowoli?oby go chocia?by samo zrozumienie, dow?d na to, ?e jeszcze nie oszala?. Nie tak ca?kowicie, w ka?dym razie. Zamiast tego jednak, w miejscu zrozumienia, rado?ci czy dawnej za?y?o?ci widnia?o jedynie zrezygnowanie i stanowczo?? przeplatana zwyk?ym niedowierzaniem i niezrozumieniem. Spojrzenie cz?owieka, kt?rego w?a?nie trzyma? by?o zupe?nie obce. Zimne i nieznajome mimo pow?oki, w jak? zosta?o wt?oczone. Trudno by?oby chyba opisa?, ile si?y woli i opanowania wymaga?o wpatrywanie si? w t? znajom? twarz, kt?ra za chiny ludowe nie chcia?a go ponownie rozpozna?. M??czyzna wpatrywa? si? w nie d?ugo, walcz?c z samym sob?. Milcza?, skupiony na galopuj?cych w jego czaszce my?lach, nie chc?c pozwoli? by te otumani?y go i doprowadzi?y do czego? niebezpiecznego. Musia? sobie wszystko pouk?ada?, uporz?dkowa?. Po pierwsze, ch?opak, kt?ry przed nim wisia? wygl?da? zupe?nie, jak Peter O'Sullivan. Co do tego nie by?o najmniejszych w?tpliwo?ci. Ba! Cyrus z ca?ego serca pragn?? by to co ma przed oczami nie by?o jednak tym, czym by?o. Niestety, w?tpi?, by rudow?osy m??czyzna by? w stanie zmieni? swoj? aparycj? w przeci?gu dw?ch czy trzech minut b?d?c jednocze?nie przytrzymywany kilkana?cie centymetr?w nad ziemi?. Po drugie, z ca?? pewno?ci? mo?na by?o uzna?, ?e niemo?liwym jest, by wisz?cy by? Peterem. Ostatecznie, ?aden cz?owiek nie by?by wstanie prze?y? dwustu lat, jednocze?nie zachowuj?c tak dobry, ?wie?y wygl?d. Zw?aszcza, b?d?c wcze?niej zabitym przez jednego ze ?niwiarzy. Wydawa?o si? to by? oczywist? oczywisto?ci?, a jednak gdzie? z ty?u Cyrusowej czaszki wci?? tli?y si? ostatnie resztki dawno ju? rozwianej nadziei. Po trzecie wreszcie, g?os cz?owieka, kt?ry wygl?da? jak Peter, r??ni? si? nieznacznie od tego nale??cego do "orygina?u". Fakt faktem niewiele, niemniej wprawne ucho by?o w stanie wychwyci? pewne r??nice. A na ca?e szcz??cie, ucho blondyna w?a?nie do takich nale?a?o. Bior?c to wszystko pod uwag?, ch?opak, kt?rego Cyrus zawzi?cie przytrzymywa? w g?rze, wpatruj?c sie w niego z uporem skrzywdzonego przez ?ycie maniaka, nie m?g? by? Peterem. Mimo absurdalnie wr?cz podobnej aparycji. Kiedy tylko wszystko to ogarn??o si? w g?owie ?niwiarza na tyle, by stworzy? sp?jn? ca?o??, na miejscu chaosu pojawi?o si? kolejne znacz?ce pytanie. Skoro cz?owiek wygl?daj?cy jak Peter O'Sullivan nie by? Peterem O'Sullivanem, to kim w?a?ciwie by??
Shinigami zamkn?? oczy, nie mog?c d?u?ej znie?? tego co widzi i opu?ci? g?ow?, marszcz?c czo?o by w spokoju zastanowi? si? nad odpowiedzi?. Nazwisko pojawi?o si? ju? u?amek sekundy p??niej, kiedy Cyrus przypomnia? sobie, co m?wi? do niego obcy. Baudelaire. Geoffrey Baudelaire. Baudelaire Geoffrey...
Powtarza? sobie w my?lach, niczym mantr?. Obce imi?. Obce nazwisko. Obca osoba. Obce imi?, obce nazwisko, obca osoba. Obce imi?, obce nazwisko, obca os....
- Geoffrey Baudelaire-Wymrucza? w ko?cu, otwieraj?c oczy i bardzo powoli unosz?c g?ow?. Zacz?? pada? ?nieg. Jego wielkie, bia?e p?atki wirowa?y na wietrze, osiadaj?c na domach, ulicy i ubraniach. Cyrus westchn?? i zamruga?, wpatruj?c si? w znajom? twarz jak dziecko, kt?re dopiero co zorientowa?o si?, ?e doros?y, kt?rego si? zaczepi?o wcale nie jest tym w?a?ciwym. - ...Baudelaire-Powt?rzy? jeszcze, ostro?nie opuszczaj?c m??czyzn? na ziemi?. Niespodziewanie poczu?, jak gard?o ?ciska mu si? nieprzyjemnie, a gdzie? w nim tworzy si? ogromna gula niemo?liwa do prze?kni?cia. Wzi?? kolejny g??boki wdech i spojrza? na zbiela?e od wysi?ku palce zaciskaj?ce si? na ubraniach nieznajomego.-Ja...-Zacz?? i zmarszczy? czo?o, niespecjalnie wiedz?c, co w?a?ciwie powiedzie?. Ostatecznie, trudno by?o wymy?li? cokolwiek, co jakkolwiek t?umaczy?oby to, co w?a?nie zasz?o. -Przepraszam ci?, stary...Ja nie chcia?em...Nie chcia?em cie przestraszy? czy co?. Zwyczajnie...-Urwa? zn?w i delikatnie wyg?adzi? ubranie obcego, by nast?pnie zabra? r?k? i przeczesa? w?osy palcami. westchn?? ci??ko, nie wiedzie?, kt?ry ju? raz i rozmasowa? nasad? nosa, zaraz unosz?c wzrok. Nim ponownie si? odezwa?, otar? oczy, kt?re zaszkli?y mu si? niespodziewanie i zakl?? szpetnie, spluwaj?c gdzie? w bok. -Przepraszam.-B?kn??, zak?opotany i popatrzy? na niego zn?w. Niestety, patrzenie na Geoffreya Baudelaire niespecjalnie mu pomaga?o. Odwr?ci? wzrok i cofn?? si? o krok, nie wiedz?c co zrobi?. Nigdy w ?yciu nie zdarzy?o mu si? jeszcze nic takiego. A ?y? naprawd? d?ugo.
_________________
 
     
Adam
[Usunięty]

Wysłany: 2016-03-15, 19:25   

Noc nadesz?a, rozpo?cieraj?c mrok swych skrzyde? nad Londynem. D?awi?ce si? brudem miasto, kaszl?ce dymem z komin?w, rozpocz??o nocne ?ycie. Wszelakie robactwo ludzkie wype?z?o ze swych kraj?wek. Istoty szemranego pochodzenia przebudzi?y si?, wysz?y na ?er, wmiesza?y si? w ?a?osn? warstw? biedoty.
Adam ugi?? grzbiet przed framug? aby nie zary? o ni? g?ow?. Para buchne?a spomi?dzy warg potwora, chocia? dla niego nazewn?trz by?o cieplej ni? w jego piwniczce.
Kot zasycza? strosz?c futro i krzy?uj?c spojrzenie ?wiec?cych ?lepi z r?wnie po?yskuj?cym wzrokiem Adama. Wystarczy? jeden krok monstrum aby zwierzak uciek?.
- Taa.. Uciekaj. Ja ciebie te? nie lubi?. - Wychrypia? basowo i otulaj?c g?ow? kocem, ruszy?, jak wi?kszo?? innych, na ?er.
Unikaj?c bardziej o?wietlonych p?omieniami latar? miejsc, zacz?? ob?azi? znane sobie punkty, gdzie ludzie zwykli zostawia? ?mieci. Tych, w gorszej cz??ci Londynu, nie brakowa?o. Nie wspominaj?c o wylewanych przez okno fekali?w, ludzie zwykli depta? po zgni?ych resztkach warzyw.
Wbrew wszystkiemu ?atwiej by?o ?y? Adamowi w?r?d ludzi ni? w dziczy. W mie?cie jedzenie by?o na ka?dym kroku, nawet je?li niezbyt przedniej jako?ci. A poza tym, mimo krzywdy wyrz?dzonej przez ludzi, potw?r lgn?? do nich, zafascynowany ich codziennym ?yciem. Ka?dego dnia gdy s?ucha? gwaru ulicy ze swojej kryj?wki, zazdro?ci? im ich szcz??cia i podziwia? pi?kno ludzkiego, pospolitego bytu.
Znalaz?wszy w miar? nietkni?ty przez innych ulicznych wyjadaczy stosik ?miecia, j?? w nim grzeba?. Nie dbaj?c o ha?as jaki czyni, przewala? deski, rozwalone beczki i skrzynie jakby by?y zrobione z papieru. ?ypn?? tylko na mijaj?c? go grupk? typowych bandzior?w, kt?rych do ataku zniech?ci? wzrost Adama oraz b?yszcz?ce w ciemnym cieniu prowizorycznego kaptura, oczy.
Potw?r wr?ci? wi?c do szperania, znajduj?c nieco kapusty, kt?ra po wyd?ubaniu robak?w, by?a ca?kiem zdatna do jedzenia.
 
     
Nathalie Vivimorte
[Usunięty]

Wysłany: 2016-03-19, 20:28   

Nienawidzi?a tego miasta z ca?ego serca... czy dla niej cokolwiek by?o wa?na na tym ?wiecie? Tak by?o. A raczej by?a. I by?a to tylko jedna osoba. Marcus... gdzie on by?? Czy by? szcz??liwy, bezpieczny? Min??o ju? tyle miesi?cy odk?d widzia?a jak wsiada na okr?t i... obieca? ?e j? odnajdzie i wr?ci. Przeszed? j? bardzo niemi?y dreszcz i to nie z powodu zimna, mo?e to by?o spowodowane z?ymi przeczuciami, a nie pogod?? Chaos! Wsz?dzie by? chaos, ludzie byli potworami. Dewiantami spo?ecznymi... Bardzo d?ugo mog?aby si? w taki albo jeszcze bardziej niepochlebny spos?b wyra?a? na temat otaczaj?cego j? ?wiata. Przez ca?e ?ycie by?a tylko krzywdzona i zostawiana.
Siedzia?a na jednej ze skrzy? obserwuj?c kilka os?b w oddali, nie chcia?a kra?? ale... by?a zmuszona. Musia?a jako? zdoby? co? do jedzenia od... 5 dni nie mia?a nic w ustach poza odrobin? wody deszczowej. By?a paskudna pogoda, nawet nie op?aca?o si? by wychodzi?a gra?, poniewa? na ulicach nie by? ?adnych ludzi, a raczej by?o ich zbyt ma?o. Ca?e jej plany zosta?y pokrzy?owane w chwili gdy zauwa?y?a grupk? 4 podpitych m?odych m??czyzn zbli?aj?cych si? w jej stron?. Od razu zwinnie jak kot zeskoczy?a ze skrzyni i ukradkiem chcia?a si? st?d zwin??.
- Ej ty! - zawo?a? jeden z nich i rzuci? w jej stron? butelk?. C?? bezdomni bez zale?no?ci czy ch?opcy czy dziewcz?ta, nie cieszyli si? jak?? sympati? ze strony spo?eczno?ci. Unikn??a butelki i odskoczy?a w bok wbiegaj?c w jedn? z uliczek. Nie przestawali jej goni? i... wpad?a w pu?apk?, jak dzikie zwierze usi?owa?a si? wydosta? wspinaj?c si? na marmurow? ?cian?, ale niestety... silne m?skie ramiona ja z?apa?y i ?ci?gn??y na ziemie. Sykn??a z b?lu a potem nie mog?a wzia? wdechu gdy dosta?a mocnego kopniaka w brzuch.
- No no! Co to za szczur... - zarechota? jeden z nich. Nathalie unios?a si? na r?kach ale zaraz dosta?a kolejny cios. Nie umia?a walczy? ale w g??bi si? cieszy?a, ?e maja j? za zwyk?ego bezdomnego ch?opaczka.
 
     
Adam
[Usunięty]

Wysłany: 2016-03-19, 21:14   

Wyjad? co si? da?o, sapi?c przy tym jak zm?czony biegiem tur. To, ?e by? odporniejszy na g?od?wk?, nie znaczy?o, ?e nie odczuwa? g?odu.
Oblizuj?c palce, ruszy? w d?? ulicy, ?lizgaj?c si? na b?ocie zmieszanym z fekaliami. I wtedy do jego uszu dotar?y d?wi?ki szarpaniny.
Adam. To nie twoja sprawa, nie tw?j problem, szepn?? g?os rozs?dku, pami?tasz co si? sta?o ostatnim razem gdy komu? uratowa?e? sk?r?? No w?a?nie. Znowu chcesz dosta? za swoje? Ma?o ci raz?w? Ludzie nie zas?uguj? na twoj? pomoc, skoro sami nie potrafi? jej da?, kieruj?c si? prymitywn? powierzchowno?ci?. Odpu??. Po prostu odpu??.
Zrezygnowany ruszy? dalej, lecz nie zrobi? wi?cej ni? trzy kroki jak przera?liwe wycie osaczonego ch?opaka zje?y?o mu w?os na karku. Zacisn?? pi??ci, napinaj?c mi??nie szcz?ki w walce ze samym sob?.
- Ostatni raz. - Westchn?? chrypliwie.

Chwil? po tym pot??na sylwetka potwora wyros?a zza jednego z bandzior?w niczym diabe? spod ziemi, ?wiec?c przera?liwymi ?lepiami. Monstrum szarpn??o delikwenta za ko?nierz, pyrgaj?c nim w ty? jak szmacian? lalk?, a? ?lizgn?? na b?ocie, na drug? stron? ulicy.
Zaskoczeni interwencj? m??czy?ni zareagowali z op??nionym zap?onem. Porzucajac ofiar?, postanowili odegra? si? na przeszkadzaj?cym im bydlaku, a alkohol tylko dodawa? im odwagi. Na trze?wo ju? dawno by uciekli.
Pi??? pierwszego wystrzeli?a do przodu, uderzaj?c w przyd?ugi brzuch potwora niczym w ceglan? ?cian?. Ten, zripostowa? celnym strza?em w d?? podbr?dka napastnika, ?api?c go za fraki nim upad?. Wtedy, z okrzykiem z?o?ci miotn?? nim na reszt? jego towarzyszy, przewracaj?c pozosta?? na nogach dw?jk?.
- Won. - Wywarcza? chrypliwie zawisaj?c nad nimi jak w?ciek?y byk. Po czym patrz?c jak pokracznie zbieraj? si? z ziemi i uciekaj? w panice, rzuci? za nimi. - ?ebym was tu wi?cej nie widzia?, psie syny!
 
     
Nathalie Vivimorte
[Usunięty]

Wysłany: 2016-03-19, 22:14   

By?a totalnie nieogarni?ta w tej ca?ej sytuacji, kt?ra b?yskawicznie j? przeros?a. Zanim nadci?gn??a jakakolwiek odsiecz dosta?a porz?dne wciry od tych ch?opak?w. Nienawidzi?a tego, bycia tak? bezbronn?, niestety jej w?t?a kobieca sylwetka, tak staranie ukryta pod ubraniem nie by?a stworzona do wygrywania w b?jkach czy jakichkolwiek pojedynkach! Dlatego teraz le?a?a w b?ocie z rozwalon? g?ow?, kt?ra obficie krwawi?a. Zanim Adam... potw?r... humanoidalna istota... jeszcze sama nie wiedzia?a kto tak naprawd? przyby? jej na ratunek a ju? tym bardziej nie zna?a jego imienia ani niczego. Bardzo s?abo oddycha?a, w ko?cu z niej to by?a w zasadzie sama sk?ra i ko?ci a do tego jej anemia... nic dziwnego, ?e z rozci?cia na g?owie tak obficie lecia?a krew. Bo?e, czemu ona zawsze musia?a wpada? w jakie? k?opoty, czy nie mog?a ?y? sobie spokojnie na ulicy i bez wi?kszych eksces?w czeka? na ?mier? z g?odu?! Trzeba by?o by? ni? i mie? takiego pecha jak ona by co? takiego prze?y?!
 
     
Adam
[Usunięty]

Wysłany: 2016-03-20, 00:16   

Zamar?, czekaj?c na wrzask przera?enia i obrzydzenia. Ten jednak nie nadszed?.
Monstrum wbi?o jaskrawe spojrzenie po?yskuj?cych ?lepii w skatowane cia?o ch?opca. Nie rusza? si?.
Zdezorientowany potw?r nie wiedzia? co pocz??, gdy? pierwszy raz znalaz? si? w takiej sytuacji.
Rozejrza? si? w ok?? jak naiwniak, kt?ry mia? nadziej?, ?e o tej porze kto? pomo?e takiej osobie..istocie jak on.
Zbli?y? si? powoli do nieruchomego cia?a i dotkn?? je palcem, odskakuj?c w ty?, w obawie, ?e ten zaraz si? zerwie i zacznie wrzeszcze?. Brak reakcji. Wi?c Adam delikatnie przekr?ci? m?odego na plecy, obrzucaj?c spojrzeniem jego roztrzaskan? g?ow?. Nie wygl?da?o to dobrze.
?ci?gn?? z g?owy i ramion koc, po czym owin?? nim g?rn? cz??? cia?a pobitego. Potem, nieco si? wahaj?c, wzi?? go na r?ce, ruszaj?c do swej tymczasowej kryj?wki.

[Ci?g dalszy Tutaj ]
 
     
Caelan Villiers
[Usunięty]

Wysłany: 2016-03-20, 23:39   

Noc by?a wyj?tkowo ciemna. Gwiazdy przes?ania? ciemny dym z komin?w przemys?owego Londynu. Nawet ksi??yc znikn??, jakby mia? ju? do?? ogl?dania mrocznych zau?k?w miasta, pe?nych plugastwa i zbrodni.
Caelan poprawi? niecierpliwie swoj? czarn? peleryn? i wpatrzy? si? w drzwi wyj?ciowe domu publicznego, kolejnej wyl?garni syfilisu i wszelkiego rodzaju chor?b cia? i dusz ludzkich. Ju? od godziny kl?cza? nieruchomo na dachu pobliskiej kamienicy, czekaj?c na swoj? ofiar?. W ko?cu drzwi burdelu otwar?y si? i ze ?rodka wyszed? z rubasznym ?miechem wysoki brodacz. Mia? zaczerwienione od alkoholu policzki, a jego wodniste oczy szkli?y si? od za?ytego niedawno opium. Gaw?dzi? jeszcze przez chwil? z rudow?os? kobiet?, po czym obcesowo klepn?? j? po ty?ku i wyszed? na ulic?.
Wybornie, pomy?la? Caelan, w?a?nie na ciebie czeka?em, zbocze?cu.
Brodaty m??czyzna by? w?a?cicielem dopiero co opuszczonego przybytku. S?awny by? w p???wiatku z szemranych interes?w i handlu lud?mi. Caelan ?ledzi? jego poczynania ju? od kilku tygodni. Musia? poczyni? konkretne obserwacje przed podj?ciem decyzji. Nie zaj??o mu jednak wiele czasu spostrze?enie, z jak wielk? szuj? ma do czynienia. Tak... Ten cz?owiek zas?ugiwa? na gorzki poca?unek ?mierci.
M??czyzna zapali? papierosa, oslaniajac p?omie? zapa?ki przed mro?nym wiatrem, po czym ruszy? ulic?, chwiej?c si? lekko i nuc?c pod nosem jak?? spro?n? piosenk?. Caelan bez namys?u, cicho niczym cie?, zacz?? skrada? si? jego ?ladem. Trwa?o to kilka minut, a? brodaty wypaliwszy papierosa, rzuci? pet na o?nie?ony chodnik i skr?ci? w alejk? mi?dzy dwoma opuszczonymi kamienicami. Caelan zwinnie zsun?? si? z dachu wzd?u? rynny i zeskoczy? mi?kko na bruk tu? za plecami ?ledzonego m??czyzny, kt?ry zabiera? si? w?a?nie do oddania moczu.
- ?a?osny, obrzydliwy ?wintuch - sykn?? Caelan, a jego ofiara odwr?ci?a si? gwa?townie w jego stron?, nie zd??ywszy nawet zapi?? rozporka.
Oczy m??czyzny rozszerzy?y si? w zaskoczeniu. Mia? sie ju? chyba roze?mia?, gdy dotar?o do niego, ?e m?wi mu takie rzeczy jaki? rozwydrzony dzieciak w drogim p?aszczu. Nie zd??y? jednak nawet otworzy? ust, poniewa? Caelan szybkim ruchem pchn?? go w pier? swoj? lask? zako?czon? ostrzem.
W ciemno?ci rozleg? si? krzyk. M??czyzna opar? sie plecami o ?cian?, zimny pot wst?pi? mu na skronie. Czego ten ch?opak m?g? od niego chcie??
Do nozdrzy Caelana dobieg?a s?odka wo? krwi. Czeka? na te chwil? ju? od kilku tygodni. Zg?odnia? niemi?osiernie od ostatniego posi?ku. Przymkn?? na moment oczy, delektuj?c si? zapachem, po czym dopad? swej ofiary niczym bestia, kr?puj?c jej ruchy lask?. :arrow:
- Zastanawiasz si? pewnie, o co mi chodzi, co, sukinsynu? - wycharcza? m??czy?nie do ucha. - Ja tu tylko wymierzam sprawiedliwo??. Mam nadziej?, ?e dobrze si? dzi? bawi?e?, bo to by? tw?j ostatni raz, ?mieciu. A teraz - chwyci? go mocno za kark - przypatrz mi si? uwa?nie, bo za jaki? czas spotkamy si? w piekle.
Chwil? jeszcze patrzy? w za?zawione i przera?one niebotycznie oczy m??czyzny, nim brutalnie wbi? z?by w jego szyj?. Niepowtarzalny smak wybuchn?? aromatem ?ycia na jego j?zyku.
Nie by?a to krew pierwszorz?dna. Mia?a w sobie nut? grzechu, gorycz bezmy?lnego z?a. Smakowa?a tylko troch? lepiej ni? krew szczura, czy go??bia. By?a taka... Zwierz?ca. Smakowa?a najgorszymi z instynkt?w.
Nasyciwszy si?, Caelan odsun?? sie od cia?a, dysz?c ci??ko, po czym wyj?? zza pazuchy osikowy ko?ek i wbi? go tu? pod mostkiem m??czyzny. Na wszelki wypadek. Nie potrzebne mu by?o takie towarzystwo. Gdyby ten bandzior o?y?, by?by jeszcze gorsz? kanali? ni? wcze?niej.
Odetchn?wszy, Caelan u?o?y? zw?oki pod ?cian?, w najciemniejszym zakamarku zau?ka. Niebawem zejdzie sie robactwo i doko?czy dzie?a. Z prochu powsta?e?, w proch sie obr?cisz.
Caelan u?miechn?? sie cynicznie, otar? usta bia?? chusteczk? i wycofa? sie z uliczki. Teraz noc wydawa?a si? pi?kniejsza. Czul si? m?ody i silny. Po takim posi?ku zawsze odzyskiwa? si?y witalne. Tylko czy aby na pewno post?pi? dobrze... Nie, nie chcial si? teraz nad tym zastanawia?. Odetchn?? g??boko. Czas na ma?y spacer po stolicy, noc jeszcze m?oda
 
     
Nathair

Wydz. Administracyjny

Rodzina: nie żyje
Wiek: 19 lat wizualnych | 26 lat rzeczywistych
Znaki szczeg?lne: wysoki wzrost (190cm); całe prawe ramię, od barku do nadgarstka, obejmuje tatuaż w postaci kości; odpychająca aura; wygolone boki głowy i pofarbowane na czarno
Ekwipunek: stara fotografia rodzinna; złośliwość i kpina w towarzystwie znudzenia
Kosa ?mierci: para korbaczy
Poziom ?ycia: 100%
Dołączył: 28 Gru 2015
Posty: 57
Wysłany: 2016-07-17, 19:07   

Okolica, w jakiej si? zjawi?, nie sprawia?a przyjemnego wra?enia. Wr?cz przeciwnie - ka?dy zdrowy na umy?le najpewniej obr?ci?by si? o 180 stopni i pow?drowa?by w inn? stron?, nie chc?c przypadkiem natkn?? si? na niebezpieczne typy, jakie kr?ci?y si? tu nie tylko w nocy, ale r?wnie? za dnia. Do kradzie?y i napa?ci najcz??ciej dochodzi?o w ciemnych uliczkach, podejrzanych zau?kach, z dala od centrum miasta, gdzie ludzie nie stanowili ju? t?umu, a tym samym nie wzbudzali pewnego poczucia bezpiecze?stwa. Ale nawet gdyby straszna scena mia?aby miejsce przed ich oczami, to czy mieliby w sobie tyle odwagi, by zainterweniowa?? Pom?c ofierze? Czy zdolni byliby pomy?le? przez chwil? o bli?nim? W?tpliwe. Co zatem mog?o tu grozi? samej ?mierci?
Ulewa.
Ju? z samego rana nad Londynem zawis?y ci??kie chmury, ostrzegaj?c mieszka?c?w przed zbli?aj?cym si? srogim deszczem. ?niwiarz zazdro?ci? w tej chwili ?miertelnikom, kt?rzy pracowali g??wnie w budynkach b?d? zd??yli si? ju? pochowa? w swoich mieszkaniach. Jemu niestety przydzielono zadanie odnalezienia zagubionych przez innego m?odzika raport?w.
- Kocham t? prac?... - wymamrota? pod nosem marudnie, czuj?c jak kosmyki blond w?os?w lepi? si? do jego sk?ry. Nie mia? przy sobie parasola, nawet z kaptura zrezygnowa?, bo i on by? ju? ca?y przemoczony. P?aszcz tylko cz??ciowo uchroni? okularnika przed zmokni?ciem do suchej nitki. A w?a?nie. Okulary. I cholerne szk?a przyozdobione utrudniaj?cymi widok kroplami.
Westchn?? ci??ko, przysiadaj?c na kontenerze, gdzie intensywno?? deszczu nie by?a tak spora jak na ?rodku ulicy, wszystko dzi?ki wysuni?temu dachu budynku. Opar? si? o ?cian?, wycieraj?c wpierw okulary o najbardziej suchy kawa?ek swojego ubrania, po czym wyci?gn?? przed siebie nogi, rozwi?zuj?c jeden but. Wysun?? go ze stopy i odwr?ci? do g?ry nogami, pozwalaj?c wyla? si? chlupocz?cej z ka?dym krokiem wodzie.
_________________
postaciowo | theme

angielski / irlandzki / niemiecki

Licznik postów fabularnych: 48
 
     
Valtteri Koivisto
[Usunięty]

Wysłany: 2016-07-17, 20:29   

Deszcz by? ca?kiem przyjemny. Nie przeszkadza? mu a? tak bardzo, ?eby si? gdzie? schowa? - Valtteri wola? pokr?ci? si? po okolicy. A najlepiej wygl?daj?c? dla niego okolic? by?y sm?tne, brudne i do?? nieprzyjemne uliczki w tej zapyzia?ej cz??ci Londynu.
Nie, ?eby narzeka? na ich stan czy aur?. Mo?liwe, ?e rzuca? si? w oczy, chodz?c tak nimi w deszczu, w og?le si? nie spiesz?c. Bo w ko?cu kto normalny chodzi sobie ze spokojem w trakcie ulewy, nie szukaj?c jakiego? schronienia przed opadem?
W sumie ma?o go to obchodzi?o. Deszcz oznacza?, ?e b?dzie tu mniej ludzi. Im mniej ludzi tym - o ironio - lepiej dla niego. M?g? spacerowa? sobie, nieszczeg?lnie rzucaj?c si? w oczy, a je?li ju? to i tak zaraz skr?ca? w kolejny zau?ek i kolejny, unikaj?c ciekawskich spojrze?. M?g?by tak nawet zdoby? po?ywienie. Ale nie chcia?, mimo lekkiego g?odu, kt?ry odczuwa? ca?ym sob?. Je?li chcia? si? zatrzyma? na d?u?ej w tym mie?cie najlepiej musia? znale?? sobie ofiar? gdzie? poza nim, ?eby nie wzbudza? niepotrzebnych podejrze?. Bo Londyn jeszcze w miar? mu si? podoba? i wola? sobie tutaj pomieszkiwa? jeszcze przez jaki? czas.
Kr??y? tak po East Endzie, ch?on?c orze?wiaj?cy ch??d deszczu i wdychaj?c jego zapach, gdy poczu? co? jeszcze. Opr?cz wype?niaj?cego jego nozdrzy petrichoru i ludzkiego aromatu zarejestrowa? wo? Boga ?mierci. Musia? by? gdzie? w pobli?u, bo czu? go bardzo dobrze.
Przystan?? i zastanowi? si? przez moment - czy na pewno chce mu wchodzi? w drog?? Jego poprzednie spotkania z Shinigami nigdy nie by?y szczeg?lnie przyjemne. Zawsze si? czepiali, ?e zabiera dusze przedwcze?nie i takie tam... Ale przecie? teraz nie polowa?.
Wiedzia?, gdzie on jest. W uliczce dos?ownie par? metr?w dalej, po jego prawej stronie. Powoli ruszy? w tamtym kierunku. Nie zamierza? jednak skr?ca?; powolnym, wr?cz dostojnym krokiem przeszed? dalej, tylko rzucaj?c w zau?ek szybkie, uwa?ne i niepostrze?one spojrzenie.
Blondyn, wysoki. Opiera? si? o budynek, wylewaj?c z buta wod?. Nic ciekawego.
Valtteri po prostu poprawi? ko?nierz p?aszcza i, nie zatrzymuj?c si? nawet na u?amek sekundy, poszed? dalej. Chocia? pewnie i tak teraz tamtego zainteresowa?.
 
     
Nathair

Wydz. Administracyjny

Rodzina: nie żyje
Wiek: 19 lat wizualnych | 26 lat rzeczywistych
Znaki szczeg?lne: wysoki wzrost (190cm); całe prawe ramię, od barku do nadgarstka, obejmuje tatuaż w postaci kości; odpychająca aura; wygolone boki głowy i pofarbowane na czarno
Ekwipunek: stara fotografia rodzinna; złośliwość i kpina w towarzystwie znudzenia
Kosa ?mierci: para korbaczy
Poziom ?ycia: 100%
Dołączył: 28 Gru 2015
Posty: 57
Wysłany: 2016-07-17, 20:50   

Skrzywi? si? pod nosem, dostrzegaj?c, jak du?o tej wody dosta?o si? do jego zniszczonych ju? but?w. B?dzie musia? kupi? nowe. B?dzie musia? u?era? si? z tymi do powrotu do Instytutu. B?dzie musia? wcze?niej znale?? te cholerne raporty. Jak w og?le mo?na zgubi? dokumentacj?? Paragon, recepta - to by?by w stanie zrozumie?. Ma?e to i lekkie, ka?dy podmuch wiatru by?by w stanie wyrwa? to z d?oni. Ale plik formatu A4? Czy kieszenie niekt?rych ?niwiarzy nie mia?y dna? Owszem, nie by? w humorze i w my?lach przeklina? wr?cz sprawc? dodatkowej roboty, kt?ra zosta?a na niego na?o?ona. Gdyby chocia? pogoda dopisywa?a...
Gdy wyla? deszcz?wk? z drugiego buta, ubra? go z powrotem, mocno zawi?zuj?c sznur?wki. Skarpetki r?wnie? by?y przemoczone, ale w?a?ciwie ma?o go to ju? interesowa?o. Tak czy siak nara?ony b?dzie na t? ulew? przez najbli?sz? godzin?, mia? tylko nadziej?, ?e nie padnie ofiar? jakiego? przezi?bienia. Tylko tego mu do szcz??cia brakowa?o - chusteczek upchanych w ubraniu, czerwonego nosa i b?lu gard?a. Po raz kolejny musia? te? wytrze? okulary, zastanawiaj?c si?, dlaczego w?a?ciwie ka?da ?mier? dysponuje s?abym wzrokiem? Ten aparat optyczny sam w sobie s?u?y? do poprawnej oceny Filmowych Nagra?, ale czy przez to ich wzrok musia? si? pogorszy?? Co? za co?, tak?
Uwag? blondyna w pewnej chwili przyku? specyficzny zapach. Nie cz?owieka, nie innego wsp??pracownika, ani zwierz?cia. Szkodnika. ?ci?gn?? wi?c nieznacznie brwi, rzucaj?c okiem w stron? wyj?cia z uliczki. W najbli?szych okolicach nie planowano ?adnego zgonu, tote? demon raczej nie znajdzie tu swojego posi?ku. A mo?e szuka? jedynie ch?tnego naiwnego, kt?ry sprzeda mu sw? dusz? za spe?nienie banalnego ?yczenia? Nathair nigdy nie by? w stanie zrozumie?, co kierowa?o takimi lud?mi. Niestety jego wiedza na temat kontrakt?w by?a znikoma, nigdy nie by? ?wiadkiem zawarcia takowej, a jedynie obi?o mu si? par? razy o uszy, jak to mniej wi?cej wygl?da. Za swojego ?miertelnego ?ycia nie spotka? ani jednego wys?annika piekie? i, w kluczowym momencie, nie skusi? si? na nie?wiadome wezwanie go. Niewykluczone, ?e w?wczas sam pad?by jego ofiar?.
Tak czy siak podni?s? si? ?wawo z miejsca, zeskakuj?c z kontenera. Nudzi?o mu si?, a opcja z zaczepieniem diab?a nie wydawa?a si? najgorsza. ?niwiarz nie widzia? przeciwwskaza?, by chocia? skontrolowa? jego zachowanie, przynajmniej odci?gnie to uwag? od paskudnej pogody i stanu, w jakim musia? funkcjonowa?.
- Taka fatalna pogoda... pewnie czujesz si? w niej jak ryba w wodzie, hm? - rzuci? g?o?no do m??czyzny, gdy wyszed? na ulic?. Nie ruszy? jednak?e za nim, przystaj?c w miejscu i wbijaj?c wzrok w jego plecy, przy czym wsun?? jeszcze d?onie do kieszeni p?aszcza.
_________________
postaciowo | theme

angielski / irlandzki / niemiecki

Licznik postów fabularnych: 48
 
     
Valtteri Koivisto
[Usunięty]

Wysłany: 2016-07-19, 21:25   

Us?ysza?, ?e tamten za nim idzie. No tak, w ko?cu to B?g ?mierci, musia? si? zainteresowa? kim? - czym? - kto dzia?a? wbrew niej, zabieraj?c, po?eraj?c, dusz? wcze?niej, ni? by?o to konieczne czy tam zapisane w ludzkim losie czy jak to tam sz?o.
Uni?s? brew na jego uwag?. ?e co?
- S?ucham? - odpar?, zatrzymuj?c si?.
Odwr?ci? lekko g?ow?, zerkaj?c na niego podejrzliwie.
 
     
Nathair

Wydz. Administracyjny

Rodzina: nie żyje
Wiek: 19 lat wizualnych | 26 lat rzeczywistych
Znaki szczeg?lne: wysoki wzrost (190cm); całe prawe ramię, od barku do nadgarstka, obejmuje tatuaż w postaci kości; odpychająca aura; wygolone boki głowy i pofarbowane na czarno
Ekwipunek: stara fotografia rodzinna; złośliwość i kpina w towarzystwie znudzenia
Kosa ?mierci: para korbaczy
Poziom ?ycia: 100%
Dołączył: 28 Gru 2015
Posty: 57
Wysłany: 2016-07-19, 21:40   

Interakcja z demonami cz?sto bywa?a do?? zabawna. Przynajmniej w sytuacjach, kiedy nie przysparzali oni O'Harze dodatkowych godzin roboty. Poza tym, lubi? jednak obserwowa? ich reakcje; dra?ni? z?o?liwo?ciami, kpinami, utrudnia? egzystowanie... Nie mo?na zaprzeczy?, ?e ten ?niwiarz by? okropnie uszczypliwym osobnikiem, kt?ry prawdopodobnie sam kopie pod sob? do?ki, ale c??.
Parskn??, nie kryj?c rozbawienia, cho? zas?oni? usta grzbietem d?oni, rzucaj?c demonowi ciekawe spojrzenie ???to-zielonych ?lepi zza okular?w.
- Pomiot Szatana z defektem? Odnosi?em wra?enie, ?e wy wszyscy macie idealny s?uch - odpar? spokojnie, z powrotem chowaj?c r?k? do kieszeni i czekaj?c na reakcj? rozm?wcy.
_________________
postaciowo | theme

angielski / irlandzki / niemiecki

Licznik postów fabularnych: 48
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Fairy Tail Path Magician



Bleach OtherWorld

Dragon Ball New Generation Reborn



Vampire Knight


Król Lew















Image and video hosting by TinyPic

Rainbow RPG



















Vampire Diaries





SnM: Naruto PBF





www.zmiennoksztaltni.wxv.pl











Eclipse



over-undertale





Northland Highschool

AbsitOmen


On-anime.pl



Projekt K7 M&A | http://k7.ubf.pl


Styl i grafika zedytowane przez Ciela Phantomhive. Uprasza się o nie kopiowanie.
Kuroshitsuji. Yana Toboso.
Strona wygenerowana w 0,4 sekundy. Zapytań do SQL: 11