Witajcie w Anglii pod koniec XIX wieku, we wspaniałej choć zarazem mrocznej i zagadkowej epoce wiktoriańskiej. Mnożą się tajemnicze przestępstwa nad którymi Scotland Yard załamuje bezradnie ręce. Londyn staje się polem kryminalnych rozgrywek i zbrodni mrożących krew w żyłach. Zaniepokojona Królowa Wiktoria uruchamia wszystkie swoje siły do tego by zwalczyć rosnącą przestępczość. Ten mroczny świat zamieszkują wspólnie z ludźmi: demony, które wykorzystując słabość człowieka zawierają kontrakty w zamian za dusze śmiertelników; anioły pragnące oczyścić plugawą ludzkość z grzechów; shinigami zaprowadzające porządek pośród problematycznych dusz, a także piekielnie zwierzęta o nieprzewidywalnej naturze. To wszystko dzieje się już poza wiedzą i poza wzrokiem zwykłych ludzi, jednak ma na ich życie ogromny wpływ. Przetrwanie w tym świecie jest prawdziwym wyzwaniem, które może okazać się przygodą na śmierć i życie.
► Login = imię i nazwisko postaci bądź tylko imię (jeśli nie ma nazwiska).
► Ukazał się nowy The Times.




POSZUKIWANIA
► Albert poszukuje przyrodniej siostry.
► Czarny Szermierz, Afuro Aphrodi Terumi i Zeno Hen poszukują różnych relacji.
► Wasil poszukuje ochotnika do sesji.
► Mark poszukuje przyjaznej duszyczki.

Listopad 1889r.
Deszcz, pochmurne niebo i porywiste wiatry będą towarzyszyć nam niemal codziennie. Temperatura będzie wynosić maksymalnie 7'C w dzień, w nocy zaś 2'C.

Poprzedni temat «» Następny temat
Uliczka
Autor Wiadomość
Geoffrey Baudelaire


Rodzina: również Baudelaire
Wiek: 28 zim
Znaki szczególne: złote oczy, kruk i rude włosy
Ekwipunek: papierośnica, notatnik, pióro, zapałki, zegarek
Kontrakt z: to skomplikowane
Poziom życia: przy nim i tak będzie koło 80%
Dołączył: 26 Wrz 2015
Posty: 6
Wysłany: 2015-10-24, 11:10   

Chwilę patrzył jeszcze na swoją ofiarę ze zbyt szybko bijącym sercem. To była już druga osoba, którą zabił, a jednak cały czas trwożyło go to równie bardzo. Oparł się o ścianę, zamykając oczy i odetchnął głęboko nosem, pozwalając, aby ostry, mroźny wiatr podrażnił jego nozdrza. Jego puls zaczął zwalniać, spięte ciało było teraz nieco rozluźnione.
Ostatecznie i tak nie cofnie czasu, a przez swoje kontakty z demonami i tak był spisany na straty. Nie był Faustem, aby pod koniec swego życia tak czy inaczej być wziętym do nieba. Oprócz szalonej miłości oraz wrodzonej dobroci (jakże niewidocznej w tej chwili) nie zrobił nic, co miałoby mu w tym pomóc.
Wtedy też usłyszał dźwięk, jak gdyby kot skaczący z jakiegoś przedmiotu, chrupnięcie rozdzierającego ciała oraz jęk. Kot? Nie… Kot nie byłby tak ciężki, człowiek prawdopodobnie też byłby nieco lżejszy, a zatem… Otworzył nagle oczy, plecami jeszcze bardziej przylegając do ściany. Ponownie był świadkiem czegoś, czego być nie powinien. Ukrył się w cieniu, otulił nim jak bezpieczną osłoną, stał się niewidoczny... I patrzył. W istocie, to nie był człowiek. Nie znał jednak tego rodzaju istot. W końcu demony się tak nie zachowują, a… to coś… wyglądało jakby było na służbie.
Przełknął znów ślinę. Nie odpowiedział na powitanie. Wobec istot „nadprzyrodzonych” raczej nie powinien się bać odpowiedzialności. Nie wyobrażał sobie, aby teraz demon poszedł do Scotland Yardu i powiedział „Chciałbym zgłosić morderstwo”. Swoją drogą, jakież byłoby to poetycko ironiczne. O ile ogromna blond postać nie zaszczyciła Geoffreya spojrzeniem, ten się w nią niemal nim wwiercał. Nie rozumiał, co robił, a wrodzona ciekawość sprawiała, że chciał dowiedzieć się tego za wszelką cenę.
A mógł zostać dziennikarzem.
Odpowiedział dopiero za trzecim razem.
- Przepraszam, następnym razem będę bronić się po godzinie. Chociaż… Wówczas już chyba nie będę miał jak. – Odparł, nie odrywając się od ściany. Zrobił to dopiero po chwili, powoli, niemal niepewnie robiąc krok do przodu. Pierwsza z cienia wysunęła się jego noga, potem wyłoniła się cała sylwetka. Rude włosy nabrały nieco żywszego koloru w świetle latarni. Zmrużył złote oczy. – Kim… czym jesteś?
_________________
    If only angels could prevail
    We'd be the way we were
    Johanna
 
     
Cyrus

Wydz. Żniwiarzy

Rodzina: Ten duży z czarnymi kudłami.
Wiek: Zgubił się gdzieś po drugim tysiącleciu.
Znaki szczególne: Tatuaże i .... A kij, sam się domyśl.
Ekwipunek: Dużo wszystkiego.
Kontrakt z: Tequilą.
Kosa śmierci: Metalowe szpony. Charlotte i Lucil dla ścisłości.
Poziom życia: 100%
Dołączył: 01 Maj 2014
Posty: 45
Wysłany: 2015-10-24, 23:08   

W raz z momentem, w którym Geoffrey Baudelaire opuścił swoją przytulną, zacienioną kryjówkę, wchodząc w obręb latarnianego światła, całe jestestwo Cyrusa doznało gwałtownego wstrząsu, sprawiając, że mężczyzna wciągnął szybko powietrze i zamarł w miejscu z szokiem wyrytym na pobladłej jak papier twarzy. Przed oczami mężczyzny przelatywały tysiące obrazów, a jego twarz wykrzywiała się kolejno w wyrazie ogromnej radości, niedowierzania, zwątpienia, przerażenia, wreszcie gniewu i frustracji. Blondyn stał w miejscu, niezdolny do wykonania najmniejszego nawet ruchu, sparaliżowany natłokiem myśli i wspomnień, które mimo usilnych starań zalewały jego umysł rwącym potokiem niechcianych doznań i emocji. Źrenice Cyrusowych oczu rozszerzyły się znacząco, a sam shinigami drgnął, jakby porażony prądem, czując, jak po jego plecach przebiegają ciarki. W zaledwie ułamku sekundy żniwiarz ponownie przeżył ponad dwieście lat swojego marnego życia, widząc i czując to, o czym wolałby jak najszybciej zapomnieć. Wszystkie wspólne chwile, rozmowy i przygody wróciły do niego powodując nieznośny ból w klatce piersiowej. Twarz mężczyzny wykrzywił paskudny obraz rozpaczy i cierpienia o jakim większość ludzi nawet nie wiedziało. Żniwiarz stał i wpatrywał się w obcego przecież mężczyznę, nie mogąc odwrócić oczu. To nie mogła być prawda. To nie mógł być on.
Cyrus zamrugał kilkakrotnie i patrzył na stojącego przed sobą młodzieńca, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. Nie chciał w to wierzyć. Miał nadzieję, że ktoś zaraz sprzeda mu solidnego kopniaka i wyrwie go ze snu, który już wielokrotnie nawiedzał go nocami. Człowiek, który przed nim stał....Nie, nie mógł go pomylić z nikim innym. Nie jego. Wszystkich, tylko nie jego. Wiedział o nim wszystko. Rudzielec był co najmniej trzydzieści centymetrów niższy, a do tego miał wyjątkowo smukłą, zdrową sylwetkę. Trudno go było jednak posądzić o chociażby cień dawnej muskulatury, czemu mężczyzna nawet nie próbował się dziwić. Ostre rysy twarzy, szpiczasty nos i nieco kwadratowa szczęka, w którą uderzał niezliczoną ilość razy podczas przyjacielskich przepychanek, przydługie, wiecznie zmierzwione rude loki opadające na niemal żółte, tajemnicze oczy wpatrzone wprost w niego. Oczy, w które kiedyś gapił sie dzień za dniem, bez problemu wyczytując z nich każdą, najmniejszą nawet zmianę w samopoczuciu rozmówcy. Wszystko to wyglądało tak samo jak dwieście lat temu. Dokładnie tak, jak w dniu, gdy wszystko co dobre, skończyło się niespodziewanie, pozostawiając po sobie jedynie gorzkosłony posmak cierpienia.
-Nie.-Wydusił z siebie w końcu, jakby starał sie przy okazji pozbawić się z ramion wielkiego ciężaru.-Nie. Nie. Nie. Nie. Nie........NIE. No kurwa nie. Nienienienienienienienienienienienienienieneinieneineinienieneinienienienienienienienie. Nie, rozumiesz? Nie! Ty nie możesz być....!-Cyrus potrząsnął głową i urwał, ruszając na przód. Musiał go dotknąć. Przekonać się, że to nie kolejny figiel spłatany mu przez zmęczony życiem umysł. Chwycił Reya za ramię, a gdy ręka wbrew jego oczekiwaniom nie przesunęła się w powietrzu, a zatrzymała na żywym ciele drgnął i odsunął się gwałtownie, patrząc na niego z rozpaczą.-Ty nie możesz nim być. Nie masz prawa być....Umarłeś, stary. Pamiętam, że umarłeś. Z resztą nawet gdybyś wtedy nie umarł...Gdybym w tedy....Nie masz prawa tyle żyć! Nie masz Prawa być...!Ale jeśli nie jesteś nim, to...-Urwał znów i chwycił go za ubranie, unosząc do góry tak, że nogami dyndał wysoko nad ziemią. Oparł go o mur pobliskiej kamienicy i spojrzał mu głęboko w oczy.-Jak się nazywasz? Kim ty kurwa jesteś?!
_________________
 
     
Geoffrey Baudelaire


Rodzina: również Baudelaire
Wiek: 28 zim
Znaki szczególne: złote oczy, kruk i rude włosy
Ekwipunek: papierośnica, notatnik, pióro, zapałki, zegarek
Kontrakt z: to skomplikowane
Poziom życia: przy nim i tak będzie koło 80%
Dołączył: 26 Wrz 2015
Posty: 6
Wysłany: 2015-10-26, 14:57   

Reakcja, którą zastał, zdecydowanie nie pokrywała się z reakcją, jakiej oczekiwał. Ściślej… Nie spodziewał się niczego. Nawet cienia zainteresowania. W końcu był tylko człowiekiem, co dotąd inne, znajome mu istoty nadnaturalne bardzo chętnie podkreślały. Człowiek równał się ze zwierzęciem, a i takie porównanie było sporym postępem. Czasem był w końcu po prostu niczym. W przypadku demona po prostu kolacją, w przypadku tego kogoś… No właśnie, kim on był?
Przez cały czas, kiedy zgłębiał tematy diabłów, demonów, upadłych i tym podobnych, ani razu nie natknął się na kogoś takiego jak on. Być może szukał w złych książkach, ale koniec końców osiągnął zamierzony efekt, przez co do dziś pluł sobie w brodę. Mógł przywołać jakiegoś grzecznego demona i byłoby z nim o wiele prościej.
Wracając jednak do tajemniczego blondyna, który najwyraźniej znajdował się w ciężkim szoku…
Geoffrey zlustrował go spojrzeniem, jakby chcąc poznać każdy szczegół jego wyglądu. Ta reakcja go zdziwiła, co doskonale odmalowało się w jego spojrzeniu. W złotych oczach pojawiło się niezrozumienie, nieme pytanie „O co właściwie chodzi?”.
Odgarnął rude włosy za ucho, nie wykonując już żadnego ruchu. Prawdę powiedziawszy, nie miał już nawet szansy. Zdążył unieść brew, rozchylić usta, jakby miał coś powiedzieć, jednak zaraz zamknął je skonsternowany. Ta sytuacja była wyjątkowo krępująca i deprymująca. Za kogo go miał? Kim był? O co, psiakrew, chodziło?
- Hej, spokojnie!
Mimowolnie zaczął się cofać, kiedy tylko nieznajomy ruszył w jego stronę. Być może tak nakazywał mu instynkt samozachowawczy, bo zrobił tu zupełnie odruchowo, gdy tylko w jego sercu ponownie pojawił się niepokój. Obronić się przed znajomym mordercą, aby zginąć z rąk nieznajomego. To byłby szczyt jego farta. Ręka mężczyzny jednak i tak go dosięgła, a duża dłoń dotknęła chuderlawego ramienia. Geoffrey ponownie spojrzał na niego, pragnąc wyjaśnień, jednak w tym pokoju słów nieznajomego nie miał prawie szansy na powiedzenie czegoś od siebie. To coraz bardziej go intrygowało i sprawiało, że był coraz bardziej zakłopotany. Jedyne, co wiedział, to, że wyglądał jak ktoś, kto kiedyś już żył i najwyraźniej był dla tego kogoś ważny. No proszę, a myślał, że jest jedyny w swoim rodzaju.
Nabrał głęboko mroźnego powietrza w płuca, gdy poczuł, że brak mu gruntu pod nogami. Zaczął nieco nimi wierzgać, mimowolnie zaciskając dłonie na jego nadgarstkach.
- Puść mnie, na litość boską. – Wykrztusił, wydając z siebie ciche stęknięcie, gdy gwałtownie uderzył w ścianę plecami. – Nazywam się Baudelaire… Geoffrey Baudelaire… Jak Harry Baudelaire, Charles… Odstaw mnie! – W jego głosie ani na moment nie pojawił się strach. W jego aktualnym stanie ducha było już tylko zrezygnowanie, czasem stanowczość albo obie naraz, tak, jak w tym momencie. – Do kogo jestem podobny? O czym ty mówisz? I kim jesteś? – Bombardował go pytaniami, a rude włosy ponownie opadły mu na twarz.
_________________
    If only angels could prevail
    We'd be the way we were
    Johanna
 
     
Cyrus

Wydz. Żniwiarzy

Rodzina: Ten duży z czarnymi kudłami.
Wiek: Zgubił się gdzieś po drugim tysiącleciu.
Znaki szczególne: Tatuaże i .... A kij, sam się domyśl.
Ekwipunek: Dużo wszystkiego.
Kontrakt z: Tequilą.
Kosa śmierci: Metalowe szpony. Charlotte i Lucil dla ścisłości.
Poziom życia: 100%
Dołączył: 01 Maj 2014
Posty: 45
Wysłany: 2015-10-26, 23:26   

Przez dłuższy moment Cyrus milczał, wpatrując się w wiszącego przed nim mężczyznę tak, jakby szukał w jego hipnotyzujących, złotych oczach czegokolwiek, co pozwoliłby mu się uspokoić. Sam nie wiedział dokładnie, co chciałby w nich zobaczyć. Może dowód na to, że się pomylił i człowiek, którego trzyma wcale nie wygląda tak jak wygląda? Ostatecznie, sama myśl o tym, że blondyn miałby ponownie cierpieć wszystkie te katusze związane z tymi jednymi, cholernymi oczami doprowadzała go do szału. Choć, z drugiej strony, może właśnie tego chciał? Może radość z ponownego spotkania, lub błysk jaki pojawiał się w nich niegdyś, gdy przyszło im wymieniać się porozumiewawczymi spojrzeniami czy pojedynczymi zerknięciami byłby w stanie odegnać cały ból i rozpacz, jakie kłębiły się teraz w zmęczonej głowie wielkoluda. Prawdopodobnie zadowoliłoby go chociażby samo zrozumienie, dowód na to, że jeszcze nie oszalał. Nie tak całkowicie, w każdym razie. Zamiast tego jednak, w miejscu zrozumienia, radości czy dawnej zażyłości widniało jedynie zrezygnowanie i stanowczość przeplatana zwykłym niedowierzaniem i niezrozumieniem. Spojrzenie człowieka, którego właśnie trzymał było zupełnie obce. Zimne i nieznajome mimo powłoki, w jaką zostało wtłoczone. Trudno byłoby chyba opisać, ile siły woli i opanowania wymagało wpatrywanie się w tę znajomą twarz, która za chiny ludowe nie chciała go ponownie rozpoznać. Mężczyzna wpatrywał się w nie długo, walcząc z samym sobą. Milczał, skupiony na galopujących w jego czaszce myślach, nie chcąc pozwolić by te otumaniły go i doprowadziły do czegoś niebezpiecznego. Musiał sobie wszystko poukładać, uporządkować. Po pierwsze, chłopak, który przed nim wisiał wyglądał zupełnie, jak Peter O'Sullivan. Co do tego nie było najmniejszych wątpliwości. Ba! Cyrus z całego serca pragnął by to co ma przed oczami nie było jednak tym, czym było. Niestety, wątpił, by rudowłosy mężczyzna był w stanie zmienić swoją aparycję w przeciągu dwóch czy trzech minut będąc jednocześnie przytrzymywany kilkanaście centymetrów nad ziemią. Po drugie, z całą pewnością można było uznać, że niemożliwym jest, by wiszący był Peterem. Ostatecznie, żaden człowiek nie byłby wstanie przeżyć dwustu lat, jednocześnie zachowując tak dobry, świeży wygląd. Zwłaszcza, będąc wcześniej zabitym przez jednego ze żniwiarzy. Wydawało się to być oczywistą oczywistością, a jednak gdzieś z tyłu Cyrusowej czaszki wciąż tliły się ostatnie resztki dawno już rozwianej nadziei. Po trzecie wreszcie, głos człowieka, który wyglądał jak Peter, różnił się nieznacznie od tego należącego do "oryginału". Fakt faktem niewiele, niemniej wprawne ucho było w stanie wychwycić pewne różnice. A na całe szczęście, ucho blondyna właśnie do takich należało. Biorąc to wszystko pod uwagę, chłopak, którego Cyrus zawzięcie przytrzymywał w górze, wpatrując sie w niego z uporem skrzywdzonego przez życie maniaka, nie mógł być Peterem. Mimo absurdalnie wręcz podobnej aparycji. Kiedy tylko wszystko to ogarnęło się w głowie żniwiarza na tyle, by stworzyć spójną całość, na miejscu chaosu pojawiło się kolejne znaczące pytanie. Skoro człowiek wyglądający jak Peter O'Sullivan nie był Peterem O'Sullivanem, to kim właściwie był?
Shinigami zamknął oczy, nie mogąc dłużej znieść tego co widzi i opuścił głowę, marszcząc czoło by w spokoju zastanowić się nad odpowiedzią. Nazwisko pojawiło się już ułamek sekundy później, kiedy Cyrus przypomniał sobie, co mówił do niego obcy. Baudelaire. Geoffrey Baudelaire. Baudelaire Geoffrey...
Powtarzał sobie w myślach, niczym mantrę. Obce imię. Obce nazwisko. Obca osoba. Obce imię, obce nazwisko, obca osoba. Obce imię, obce nazwisko, obca os....
- Geoffrey Baudelaire-Wymruczał w końcu, otwierając oczy i bardzo powoli unosząc głowę. Zaczął padać śnieg. Jego wielkie, białe płatki wirowały na wietrze, osiadając na domach, ulicy i ubraniach. Cyrus westchnął i zamrugał, wpatrując się w znajomą twarz jak dziecko, które dopiero co zorientowało się, że dorosły, którego się zaczepiło wcale nie jest tym właściwym. - ...Baudelaire-Powtórzył jeszcze, ostrożnie opuszczając mężczyznę na ziemię. Niespodziewanie poczuł, jak gardło ściska mu się nieprzyjemnie, a gdzieś w nim tworzy się ogromna gula niemożliwa do przełknięcia. Wziął kolejny głęboki wdech i spojrzał na zbielałe od wysiłku palce zaciskające się na ubraniach nieznajomego.-Ja...-Zaczął i zmarszczył czoło, niespecjalnie wiedząc, co właściwie powiedzieć. Ostatecznie, trudno było wymyślić cokolwiek, co jakkolwiek tłumaczyłoby to, co właśnie zaszło. -Przepraszam cię, stary...Ja nie chciałem...Nie chciałem cie przestraszyć czy coś. Zwyczajnie...-Urwał znów i delikatnie wygładził ubranie obcego, by następnie zabrać rękę i przeczesać włosy palcami. westchnął ciężko, nie wiedzieć, który już raz i rozmasował nasadę nosa, zaraz unosząc wzrok. Nim ponownie się odezwał, otarł oczy, które zaszkliły mu się niespodziewanie i zaklął szpetnie, spluwając gdzieś w bok. -Przepraszam.-Bąknął, zakłopotany i popatrzył na niego znów. Niestety, patrzenie na Geoffreya Baudelaire niespecjalnie mu pomagało. Odwrócił wzrok i cofnął się o krok, nie wiedząc co zrobić. Nigdy w życiu nie zdarzyło mu się jeszcze nic takiego. A żył naprawdę długo.
_________________
 
     
Adam
[Usunięty]

Wysłany: 2016-03-15, 19:25   

Noc nadeszła, rozpościerając mrok swych skrzydeł nad Londynem. Dławiące się brudem miasto, kaszlące dymem z kominów, rozpoczęło nocne życie. Wszelakie robactwo ludzkie wypełzło ze swych krajówek. Istoty szemranego pochodzenia przebudziły się, wyszły na żer, wmieszały się w żałosną warstwę biedoty.
Adam ugiął grzbiet przed framugą aby nie zaryć o nią głową. Para buchneła spomiędzy warg potwora, chociaż dla niego nazewnątrz było cieplej niż w jego piwniczce.
Kot zasyczał strosząc futro i krzyżując spojrzenie świecących ślepi z równie połyskującym wzrokiem Adama. Wystarczył jeden krok monstrum aby zwierzak uciekł.
- Taa.. Uciekaj. Ja ciebie też nie lubię. - Wychrypiał basowo i otulając głowę kocem, ruszył, jak większość innych, na żer.
Unikając bardziej oświetlonych płomieniami latarń miejsc, zaczął obłazić znane sobie punkty, gdzie ludzie zwykli zostawiać śmieci. Tych, w gorszej części Londynu, nie brakowało. Nie wspominając o wylewanych przez okno fekaliów, ludzie zwykli deptać po zgniłych resztkach warzyw.
Wbrew wszystkiemu łatwiej było żyć Adamowi wśród ludzi niż w dziczy. W mieście jedzenie było na każdym kroku, nawet jeśli niezbyt przedniej jakości. A poza tym, mimo krzywdy wyrządzonej przez ludzi, potwór lgnął do nich, zafascynowany ich codziennym życiem. Każdego dnia gdy słuchał gwaru ulicy ze swojej kryjówki, zazdrościł im ich szczęścia i podziwiał piękno ludzkiego, pospolitego bytu.
Znalazłwszy w miarę nietknięty przez innych ulicznych wyjadaczy stosik śmiecia, jął w nim grzebać. Nie dbając o hałas jaki czyni, przewalał deski, rozwalone beczki i skrzynie jakby były zrobione z papieru. Łypnął tylko na mijającą go grupkę typowych bandziorów, których do ataku zniechęcił wzrost Adama oraz błyszczące w ciemnym cieniu prowizorycznego kaptura, oczy.
Potwór wrócił więc do szperania, znajdując nieco kapusty, która po wydłubaniu robaków, była całkiem zdatna do jedzenia.
 
     
Nathalie Vivimorte
[Usunięty]

Wysłany: 2016-03-19, 20:28   

Nienawidziła tego miasta z całego serca... czy dla niej cokolwiek było ważna na tym świecie? Tak było. A raczej była. I była to tylko jedna osoba. Marcus... gdzie on był? Czy był szczęśliwy, bezpieczny? Minęło już tyle miesięcy odkąd widziała jak wsiada na okręt i... obiecał że ją odnajdzie i wróci. Przeszedł ją bardzo niemiły dreszcz i to nie z powodu zimna, może to było spowodowane złymi przeczuciami, a nie pogodą? Chaos! Wszędzie był chaos, ludzie byli potworami. Dewiantami społecznymi... Bardzo długo mogłaby się w taki albo jeszcze bardziej niepochlebny sposób wyrażać na temat otaczającego ją świata. Przez całe życie była tylko krzywdzona i zostawiana.
Siedziała na jednej ze skrzyń obserwując kilka osób w oddali, nie chciała kraść ale... była zmuszona. Musiała jakoś zdobyć coś do jedzenia od... 5 dni nie miała nic w ustach poza odrobiną wody deszczowej. Była paskudna pogoda, nawet nie opłacało się by wychodziła grać, ponieważ na ulicach nie był żadnych ludzi, a raczej było ich zbyt mało. Całe jej plany zostały pokrzyżowane w chwili gdy zauważyła grupkę 4 podpitych młodych mężczyzn zbliżających się w jej stronę. Od razu zwinnie jak kot zeskoczyła ze skrzyni i ukradkiem chciała się stąd zwinąć.
- Ej ty! - zawołał jeden z nich i rzucił w jej stronę butelką. Cóż bezdomni bez zależności czy chłopcy czy dziewczęta, nie cieszyli się jakąś sympatią ze strony społeczności. Uniknęła butelki i odskoczyła w bok wbiegając w jedną z uliczek. Nie przestawali jej gonić i... wpadła w pułapkę, jak dzikie zwierze usiłowała się wydostać wspinając się na marmurową ścianę, ale niestety... silne męskie ramiona ja złapały i ściągnęły na ziemie. Syknęła z bólu a potem nie mogła wziać wdechu gdy dostała mocnego kopniaka w brzuch.
- No no! Co to za szczur... - zarechotał jeden z nich. Nathalie uniosła się na rękach ale zaraz dostała kolejny cios. Nie umiała walczyć ale w głębi się cieszyła, że maja ją za zwykłego bezdomnego chłopaczka.
 
     
Adam
[Usunięty]

Wysłany: 2016-03-19, 21:14   

Wyjadł co się dało, sapiąc przy tym jak zmęczony biegiem tur. To, że był odporniejszy na głodówkę, nie znaczyło, że nie odczuwał głodu.
Oblizując palce, ruszył w dół ulicy, ślizgając się na błocie zmieszanym z fekaliami. I wtedy do jego uszu dotarły dźwięki szarpaniny.
Adam. To nie twoja sprawa, nie twój problem, szepnął głos rozsądku, pamiętasz co się stało ostatnim razem gdy komuś uratowałeś skórę? No właśnie. Znowu chcesz dostać za swoje? Mało ci razów? Ludzie nie zasługują na twoją pomoc, skoro sami nie potrafią jej dać, kierując się prymitywną powierzchownością. Odpuść. Po prostu odpuść.
Zrezygnowany ruszył dalej, lecz nie zrobił więcej niż trzy kroki jak przeraźliwe wycie osaczonego chłopaka zjeżyło mu włos na karku. Zacisnął pięści, napinając mięśnie szczęki w walce ze samym sobą.
- Ostatni raz. - Westchnął chrypliwie.

Chwilę po tym potężna sylwetka potwora wyrosła zza jednego z bandziorów niczym diabeł spod ziemi, świecąc przeraźliwymi ślepiami. Monstrum szarpnęło delikwenta za kołnierz, pyrgając nim w tył jak szmacianą lalką, aż ślizgnął na błocie, na drugą stronę ulicy.
Zaskoczeni interwencją mężczyźni zareagowali z opóźnionym zapłonem. Porzucajac ofiarę, postanowili odegrać się na przeszkadzającym im bydlaku, a alkohol tylko dodawał im odwagi. Na trzeźwo już dawno by uciekli.
Pięść pierwszego wystrzeliła do przodu, uderzając w przydługi brzuch potwora niczym w ceglaną ścianę. Ten, zripostował celnym strzałem w dół podbródka napastnika, łapiąc go za fraki nim upadł. Wtedy, z okrzykiem złości miotnął nim na resztę jego towarzyszy, przewracając pozostałą na nogach dwójkę.
- Won. - Wywarczał chrypliwie zawisając nad nimi jak wściekły byk. Po czym patrząc jak pokracznie zbierają się z ziemi i uciekają w panice, rzucił za nimi. - Żebym was tu więcej nie widział, psie syny!
 
     
Nathalie Vivimorte
[Usunięty]

Wysłany: 2016-03-19, 22:14   

Była totalnie nieogarnięta w tej całej sytuacji, która błyskawicznie ją przerosła. Zanim nadciągnęła jakakolwiek odsiecz dostała porządne wciry od tych chłopaków. Nienawidziła tego, bycia taką bezbronną, niestety jej wątła kobieca sylwetka, tak staranie ukryta pod ubraniem nie była stworzona do wygrywania w bójkach czy jakichkolwiek pojedynkach! Dlatego teraz leżała w błocie z rozwaloną głową, która obficie krwawiła. Zanim Adam... potwór... humanoidalna istota... jeszcze sama nie wiedziała kto tak naprawdę przybył jej na ratunek a już tym bardziej nie znała jego imienia ani niczego. Bardzo słabo oddychała, w końcu z niej to była w zasadzie sama skóra i kości a do tego jej anemia... nic dziwnego, że z rozcięcia na głowie tak obficie leciała krew. Boże, czemu ona zawsze musiała wpadać w jakieś kłopoty, czy nie mogła żyć sobie spokojnie na ulicy i bez większych ekscesów czekać na śmierć z głodu?! Trzeba było być nią i mieć takiego pecha jak ona by coś takiego przeżyć!
 
     
Adam
[Usunięty]

Wysłany: 2016-03-20, 00:16   

Zamarł, czekając na wrzask przerażenia i obrzydzenia. Ten jednak nie nadszedł.
Monstrum wbiło jaskrawe spojrzenie połyskujących ślepii w skatowane ciało chłopca. Nie ruszał się.
Zdezorientowany potwór nie wiedział co począć, gdyż pierwszy raz znalazł się w takiej sytuacji.
Rozejrzał się w okół jak naiwniak, który miał nadzieję, że o tej porze ktoś pomoże takiej osobie..istocie jak on.
Zbliżył się powoli do nieruchomego ciała i dotknął je palcem, odskakując w tył, w obawie, że ten zaraz się zerwie i zacznie wrzeszczeć. Brak reakcji. Więc Adam delikatnie przekręcił młodego na plecy, obrzucając spojrzeniem jego roztrzaskaną głowę. Nie wyglądało to dobrze.
Ściągnął z głowy i ramion koc, po czym owinął nim górną część ciała pobitego. Potem, nieco się wahając, wziął go na ręce, ruszając do swej tymczasowej kryjówki.

[Ciąg dalszy Tutaj ]
 
     
Caelan Villiers
[Usunięty]

Wysłany: 2016-03-20, 23:39   

Noc była wyjątkowo ciemna. Gwiazdy przesłaniał ciemny dym z kominów przemysłowego Londynu. Nawet księżyc zniknął, jakby miał już dość oglądania mrocznych zaułków miasta, pełnych plugastwa i zbrodni.
Caelan poprawił niecierpliwie swoją czarną pelerynę i wpatrzył się w drzwi wyjściowe domu publicznego, kolejnej wylęgarni syfilisu i wszelkiego rodzaju chorób ciał i dusz ludzkich. Już od godziny klęczał nieruchomo na dachu pobliskiej kamienicy, czekając na swoją ofiarę. W końcu drzwi burdelu otwarły się i ze środka wyszedł z rubasznym śmiechem wysoki brodacz. Miał zaczerwienione od alkoholu policzki, a jego wodniste oczy szkliły się od zażytego niedawno opium. Gawędził jeszcze przez chwilę z rudowłosą kobietą, po czym obcesowo klepnął ją po tyłku i wyszedł na ulicę.
Wybornie, pomyślał Caelan, właśnie na ciebie czekałem, zboczeńcu.
Brodaty mężczyzna był właścicielem dopiero co opuszczonego przybytku. Sławny był w półświatku z szemranych interesów i handlu ludźmi. Caelan śledził jego poczynania już od kilku tygodni. Musiał poczynić konkretne obserwacje przed podjęciem decyzji. Nie zajęło mu jednak wiele czasu spostrzeżenie, z jak wielką szują ma do czynienia. Tak... Ten człowiek zasługiwał na gorzki pocałunek śmierci.
Mężczyzna zapalił papierosa, oslaniajac płomień zapałki przed mroźnym wiatrem, po czym ruszył ulicą, chwiejąc się lekko i nucąc pod nosem jakąś sprośną piosenkę. Caelan bez namysłu, cicho niczym cień, zaczął skradać się jego śladem. Trwało to kilka minut, aż brodaty wypaliwszy papierosa, rzucił pet na ośnieżony chodnik i skręcił w alejkę między dwoma opuszczonymi kamienicami. Caelan zwinnie zsunął się z dachu wzdłuż rynny i zeskoczył miękko na bruk tuż za plecami śledzonego mężczyzny, który zabierał się właśnie do oddania moczu.
- Żałosny, obrzydliwy świntuch - syknął Caelan, a jego ofiara odwróciła się gwałtownie w jego stronę, nie zdążywszy nawet zapiąć rozporka.
Oczy mężczyzny rozszerzyły się w zaskoczeniu. Miał sie już chyba roześmiać, gdy dotarło do niego, że mówi mu takie rzeczy jakiś rozwydrzony dzieciak w drogim płaszczu. Nie zdążył jednak nawet otworzyć ust, ponieważ Caelan szybkim ruchem pchnął go w pierś swoją laską zakończoną ostrzem.
W ciemności rozległ się krzyk. Mężczyzna oparł sie plecami o ścianę, zimny pot wstąpił mu na skronie. Czego ten chłopak mógł od niego chcieć?
Do nozdrzy Caelana dobiegła słodka woń krwi. Czekał na te chwilę już od kilku tygodni. Zgłodniał niemiłosiernie od ostatniego posiłku. Przymknął na moment oczy, delektując się zapachem, po czym dopadł swej ofiary niczym bestia, krępując jej ruchy laską. :arrow:
- Zastanawiasz się pewnie, o co mi chodzi, co, sukinsynu? - wycharczał mężczyźnie do ucha. - Ja tu tylko wymierzam sprawiedliwość. Mam nadzieję, że dobrze się dziś bawiłeś, bo to był twój ostatni raz, śmieciu. A teraz - chwycił go mocno za kark - przypatrz mi się uważnie, bo za jakiś czas spotkamy się w piekle.
Chwilę jeszcze patrzył w załzawione i przerażone niebotycznie oczy mężczyzny, nim brutalnie wbił zęby w jego szyję. Niepowtarzalny smak wybuchnął aromatem życia na jego języku.
Nie była to krew pierwszorzędna. Miała w sobie nutę grzechu, gorycz bezmyślnego zła. Smakowała tylko trochę lepiej niż krew szczura, czy gołębia. Była taka... Zwierzęca. Smakowała najgorszymi z instynktów.
Nasyciwszy się, Caelan odsunął sie od ciała, dysząc ciężko, po czym wyjął zza pazuchy osikowy kołek i wbił go tuż pod mostkiem mężczyzny. Na wszelki wypadek. Nie potrzebne mu było takie towarzystwo. Gdyby ten bandzior ożył, byłby jeszcze gorszą kanalią niż wcześniej.
Odetchnąwszy, Caelan ułożył zwłoki pod ścianą, w najciemniejszym zakamarku zaułka. Niebawem zejdzie sie robactwo i dokończy dzieła. Z prochu powstałeś, w proch sie obrócisz.
Caelan uśmiechnął sie cynicznie, otarł usta białą chusteczką i wycofał sie z uliczki. Teraz noc wydawała się piękniejsza. Czul się młody i silny. Po takim posiłku zawsze odzyskiwał siły witalne. Tylko czy aby na pewno postąpił dobrze... Nie, nie chcial się teraz nad tym zastanawiać. Odetchnął głęboko. Czas na mały spacer po stolicy, noc jeszcze młoda
 
     
Nathair

Wydz. Administracyjny

Rodzina: nie żyje
Wiek: 19 lat wizualnych | 26 lat rzeczywistych
Znaki szczególne: wysoki wzrost (190cm); całe prawe ramię, od barku do nadgarstka, obejmuje tatuaż w postaci kości; odpychająca aura; wygolone boki głowy i pofarbowane na czarno
Ekwipunek: stara fotografia rodzinna; złośliwość i kpina w towarzystwie znudzenia
Kosa śmierci: para korbaczy
Poziom życia: 100%
Dołączył: 28 Gru 2015
Posty: 57
Wysłany: 2016-07-17, 19:07   

Okolica, w jakiej się zjawił, nie sprawiała przyjemnego wrażenia. Wręcz przeciwnie - każdy zdrowy na umyśle najpewniej obróciłby się o 180 stopni i powędrowałby w inną stronę, nie chcąc przypadkiem natknąć się na niebezpieczne typy, jakie kręciły się tu nie tylko w nocy, ale również za dnia. Do kradzieży i napaści najczęściej dochodziło w ciemnych uliczkach, podejrzanych zaułkach, z dala od centrum miasta, gdzie ludzie nie stanowili już tłumu, a tym samym nie wzbudzali pewnego poczucia bezpieczeństwa. Ale nawet gdyby straszna scena miałaby miejsce przed ich oczami, to czy mieliby w sobie tyle odwagi, by zainterweniować? Pomóc ofierze? Czy zdolni byliby pomyśleć przez chwilę o bliźnim? Wątpliwe. Co zatem mogło tu grozić samej śmierci?
Ulewa.
Już z samego rana nad Londynem zawisły ciężkie chmury, ostrzegając mieszkańców przed zbliżającym się srogim deszczem. Żniwiarz zazdrościł w tej chwili śmiertelnikom, którzy pracowali głównie w budynkach bądź zdążyli się już pochować w swoich mieszkaniach. Jemu niestety przydzielono zadanie odnalezienia zagubionych przez innego młodzika raportów.
- Kocham tę pracę... - wymamrotał pod nosem marudnie, czując jak kosmyki blond włosów lepią się do jego skóry. Nie miał przy sobie parasola, nawet z kaptura zrezygnował, bo i on był już cały przemoczony. Płaszcz tylko częściowo uchronił okularnika przed zmoknięciem do suchej nitki. A właśnie. Okulary. I cholerne szkła przyozdobione utrudniającymi widok kroplami.
Westchnął ciężko, przysiadając na kontenerze, gdzie intensywność deszczu nie była tak spora jak na środku ulicy, wszystko dzięki wysuniętemu dachu budynku. Oparł się o ścianę, wycierając wpierw okulary o najbardziej suchy kawałek swojego ubrania, po czym wyciągnął przed siebie nogi, rozwiązując jeden but. Wysunął go ze stopy i odwrócił do góry nogami, pozwalając wylać się chlupoczącej z każdym krokiem wodzie.
_________________
postaciowo | theme

angielski / irlandzki / niemiecki

Licznik postów fabularnych: 48
 
     
Valtteri Koivisto
[Usunięty]

Wysłany: 2016-07-17, 20:29   

Deszcz był całkiem przyjemny. Nie przeszkadzał mu aż tak bardzo, żeby się gdzieś schować - Valtteri wolał pokręcić się po okolicy. A najlepiej wyglądającą dla niego okolicą były smętne, brudne i dość nieprzyjemne uliczki w tej zapyziałej części Londynu.
Nie, żeby narzekał na ich stan czy aurę. Możliwe, że rzucał się w oczy, chodząc tak nimi w deszczu, w ogóle się nie spiesząc. Bo w końcu kto normalny chodzi sobie ze spokojem w trakcie ulewy, nie szukając jakiegoś schronienia przed opadem?
W sumie mało go to obchodziło. Deszcz oznaczał, że będzie tu mniej ludzi. Im mniej ludzi tym - o ironio - lepiej dla niego. Mógł spacerować sobie, nieszczególnie rzucając się w oczy, a jeśli już to i tak zaraz skręcał w kolejny zaułek i kolejny, unikając ciekawskich spojrzeń. Mógłby tak nawet zdobyć pożywienie. Ale nie chciał, mimo lekkiego głodu, który odczuwał całym sobą. Jeśli chciał się zatrzymać na dłużej w tym mieście najlepiej musiał znaleźć sobie ofiarę gdzieś poza nim, żeby nie wzbudzać niepotrzebnych podejrzeń. Bo Londyn jeszcze w miarę mu się podobał i wolał sobie tutaj pomieszkiwać jeszcze przez jakiś czas.
Krążył tak po East Endzie, chłonąc orzeźwiający chłód deszczu i wdychając jego zapach, gdy poczuł coś jeszcze. Oprócz wypełniającego jego nozdrzy petrichoru i ludzkiego aromatu zarejestrował woń Boga Śmierci. Musiał być gdzieś w pobliżu, bo czuł go bardzo dobrze.
Przystanął i zastanowił się przez moment - czy na pewno chce mu wchodzić w drogę? Jego poprzednie spotkania z Shinigami nigdy nie były szczególnie przyjemne. Zawsze się czepiali, że zabiera dusze przedwcześnie i takie tam... Ale przecież teraz nie polował.
Wiedział, gdzie on jest. W uliczce dosłownie parę metrów dalej, po jego prawej stronie. Powoli ruszył w tamtym kierunku. Nie zamierzał jednak skręcać; powolnym, wręcz dostojnym krokiem przeszedł dalej, tylko rzucając w zaułek szybkie, uważne i niepostrzeżone spojrzenie.
Blondyn, wysoki. Opierał się o budynek, wylewając z buta wodę. Nic ciekawego.
Valtteri po prostu poprawił kołnierz płaszcza i, nie zatrzymując się nawet na ułamek sekundy, poszedł dalej. Chociaż pewnie i tak teraz tamtego zainteresował.
 
     
Nathair

Wydz. Administracyjny

Rodzina: nie żyje
Wiek: 19 lat wizualnych | 26 lat rzeczywistych
Znaki szczególne: wysoki wzrost (190cm); całe prawe ramię, od barku do nadgarstka, obejmuje tatuaż w postaci kości; odpychająca aura; wygolone boki głowy i pofarbowane na czarno
Ekwipunek: stara fotografia rodzinna; złośliwość i kpina w towarzystwie znudzenia
Kosa śmierci: para korbaczy
Poziom życia: 100%
Dołączył: 28 Gru 2015
Posty: 57
Wysłany: 2016-07-17, 20:50   

Skrzywił się pod nosem, dostrzegając, jak dużo tej wody dostało się do jego zniszczonych już butów. Będzie musiał kupić nowe. Będzie musiał użerać się z tymi do powrotu do Instytutu. Będzie musiał wcześniej znaleźć te cholerne raporty. Jak w ogóle można zgubić dokumentację? Paragon, recepta - to byłby w stanie zrozumieć. Małe to i lekkie, każdy podmuch wiatru byłby w stanie wyrwać to z dłoni. Ale plik formatu A4? Czy kieszenie niektórych żniwiarzy nie miały dna? Owszem, nie był w humorze i w myślach przeklinał wręcz sprawcę dodatkowej roboty, która została na niego nałożona. Gdyby chociaż pogoda dopisywała...
Gdy wylał deszczówkę z drugiego buta, ubrał go z powrotem, mocno zawiązując sznurówki. Skarpetki również były przemoczone, ale właściwie mało go to już interesowało. Tak czy siak narażony będzie na tę ulewę przez najbliższą godzinę, miał tylko nadzieję, że nie padnie ofiarą jakiegoś przeziębienia. Tylko tego mu do szczęścia brakowało - chusteczek upchanych w ubraniu, czerwonego nosa i bólu gardła. Po raz kolejny musiał też wytrzeć okulary, zastanawiając się, dlaczego właściwie każda Śmierć dysponuje słabym wzrokiem? Ten aparat optyczny sam w sobie służył do poprawnej oceny Filmowych Nagrań, ale czy przez to ich wzrok musiał się pogorszyć? Coś za coś, tak?
Uwagę blondyna w pewnej chwili przykuł specyficzny zapach. Nie człowieka, nie innego współpracownika, ani zwierzęcia. Szkodnika. Ściągnął więc nieznacznie brwi, rzucając okiem w stronę wyjścia z uliczki. W najbliższych okolicach nie planowano żadnego zgonu, toteż demon raczej nie znajdzie tu swojego posiłku. A może szukał jedynie chętnego naiwnego, który sprzeda mu swą duszę za spełnienie banalnego życzenia? Nathair nigdy nie był w stanie zrozumieć, co kierowało takimi ludźmi. Niestety jego wiedza na temat kontraktów była znikoma, nigdy nie był świadkiem zawarcia takowej, a jedynie obiło mu się parę razy o uszy, jak to mniej więcej wygląda. Za swojego śmiertelnego życia nie spotkał ani jednego wysłannika piekieł i, w kluczowym momencie, nie skusił się na nieświadome wezwanie go. Niewykluczone, że wówczas sam padłby jego ofiarą.
Tak czy siak podniósł się żwawo z miejsca, zeskakując z kontenera. Nudziło mu się, a opcja z zaczepieniem diabła nie wydawała się najgorsza. Żniwiarz nie widział przeciwwskazań, by chociaż skontrolować jego zachowanie, przynajmniej odciągnie to uwagę od paskudnej pogody i stanu, w jakim musiał funkcjonować.
- Taka fatalna pogoda... pewnie czujesz się w niej jak ryba w wodzie, hm? - rzucił głośno do mężczyzny, gdy wyszedł na ulicę. Nie ruszył jednakże za nim, przystając w miejscu i wbijając wzrok w jego plecy, przy czym wsunął jeszcze dłonie do kieszeni płaszcza.
_________________
postaciowo | theme

angielski / irlandzki / niemiecki

Licznik postów fabularnych: 48
 
     
Valtteri Koivisto
[Usunięty]

Wysłany: 2016-07-19, 21:25   

Usłyszał, że tamten za nim idzie. No tak, w końcu to Bóg Śmierci, musiał się zainteresować kimś - czymś - kto działał wbrew niej, zabierając, pożerając, duszę wcześniej, niż było to konieczne czy tam zapisane w ludzkim losie czy jak to tam szło.
Uniósł brew na jego uwagę. Że co?
- Słucham? - odparł, zatrzymując się.
Odwrócił lekko głowę, zerkając na niego podejrzliwie.
 
     
Nathair

Wydz. Administracyjny

Rodzina: nie żyje
Wiek: 19 lat wizualnych | 26 lat rzeczywistych
Znaki szczególne: wysoki wzrost (190cm); całe prawe ramię, od barku do nadgarstka, obejmuje tatuaż w postaci kości; odpychająca aura; wygolone boki głowy i pofarbowane na czarno
Ekwipunek: stara fotografia rodzinna; złośliwość i kpina w towarzystwie znudzenia
Kosa śmierci: para korbaczy
Poziom życia: 100%
Dołączył: 28 Gru 2015
Posty: 57
Wysłany: 2016-07-19, 21:40   

Interakcja z demonami często bywała dość zabawna. Przynajmniej w sytuacjach, kiedy nie przysparzali oni O'Harze dodatkowych godzin roboty. Poza tym, lubił jednak obserwować ich reakcje; drażnić złośliwościami, kpinami, utrudniać egzystowanie... Nie można zaprzeczyć, że ten żniwiarz był okropnie uszczypliwym osobnikiem, który prawdopodobnie sam kopie pod sobą dołki, ale cóż.
Parsknął, nie kryjąc rozbawienia, choć zasłonił usta grzbietem dłoni, rzucając demonowi ciekawe spojrzenie żółto-zielonych ślepi zza okularów.
- Pomiot Szatana z defektem? Odnosiłem wrażenie, że wy wszyscy macie idealny słuch - odparł spokojnie, z powrotem chowając rękę do kieszeni i czekając na reakcję rozmówcy.
_________________
postaciowo | theme

angielski / irlandzki / niemiecki

Licznik postów fabularnych: 48
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Fairy Tail Path Magician



Bleach OtherWorld

Dragon Ball New Generation Reborn



Vampire Knight


Król Lew















Image and video hosting by TinyPic

Rainbow RPG



















Vampire Diaries





SnM: Naruto PBF





www.zmiennoksztaltni.wxv.pl











Eclipse



over-undertale






On-anime.pl



Projekt K7 M&A | http://k7.ubf.pl


Styl i grafika zedytowane przez Ciela Phantomhive. Uprasza się o nie kopiowanie.
Kuroshitsuji. Yana Toboso.
Strona wygenerowana w 0,1 sekundy. Zapytań do SQL: 11