Witajcie w Anglii pod koniec XIX wieku, we wspaniałej choć zarazem mrocznej i zagadkowej epoce wiktoriańskiej. Mnożą się tajemnicze przestępstwa nad którymi Scotland Yard załamuje bezradnie ręce. Londyn staje się polem kryminalnych rozgrywek i zbrodni mrożących krew w żyłach. Zaniepokojona Królowa Wiktoria uruchamia wszystkie swoje siły do tego by zwalczyć rosnącą przestępczość. Ten mroczny świat zamieszkują wspólnie z ludźmi: demony, które wykorzystując słabość człowieka zawierają kontrakty w zamian za dusze śmiertelników; anioły pragnące oczyścić plugawą ludzkość z grzechów; shinigami zaprowadzające porządek pośród problematycznych dusz, a także piekielnie zwierzęta o nieprzewidywalnej naturze. To wszystko dzieje się już poza wiedzą i poza wzrokiem zwykłych ludzi, jednak ma na ich życie ogromny wpływ. Przetrwanie w tym świecie jest prawdziwym wyzwaniem, które może okazać się przygodą na śmierć i życie.
► Login = imię i nazwisko postaci bądź tylko imię (jeśli nie ma nazwiska).
► Ukazał się nowy The Times.




POSZUKIWANIA
► Albert poszukuje przyrodniej siostry.
► Czarny Szermierz, Afuro Aphrodi Terumi i Zeno Hen poszukują różnych relacji.
► Wasil poszukuje ochotnika do sesji.
► Mark poszukuje przyjaznej duszyczki.

Listopad 1889r.
Deszcz, pochmurne niebo i porywiste wiatry będą towarzyszyć nam niemal codziennie. Temperatura będzie wynosić maksymalnie 7'C w dzień, w nocy zaś 2'C.

Poprzedni temat «» Następny temat
Zaniedbane ogrody
Autor Wiadomość
Azriel
[Usunięty]

Wysłany: 2016-02-01, 19:49   

Azriel był zadowolony, bo spotkanie przebiegało po jego myśli. Faktycznie, ten chłopak pragnął znów uzależnić się od czegoś tak bardzo, jak za życia. Nawet się nie hamował... tym lepiej dla całej sprawy. Będzie jego. Inna opcja nie wchodziła w rachubę. Anioł lubił swoje umiejętności, a ta która sprawiała, że trudno mu się było oprzeć, wskoczyła właśnie na pierwszą pozycję listy przyjemności. Nie triumfował jednak jeszcze. Wciąż było na to za wcześnie. Najpierw musiał się jeszcze trochę natrudzić żeby nagiąć żniwiarza do swojej woli i wcielić w swój plan. Wypuścił papierosa, którego Shinigami włożył mu do ust. Popiół spadając na ziemię zabrudził brzydko jego płaszcz. Jedyna skaza na bieli materiału. Azriel jednak zignorował to całkowicie i pewnym, swobodnym ruchem chwycił chłopaka za ubranie i przyciągnął do siebie. Objął go. Czuł jak ciało ofiary opiera się o jego ciało. Czuł wyraźnie ruchy mięśni własnych i jego. I zastygł. Chciał jeszcze przez chwilę delektować się tym uczuciem, tym zapachem, tym ciepłym, przyspieszonym oddechem.
- Twoje imię będzie Neftali. Bo od teraz jesteś częścią mojej walki.
Tak wiele lat minęło, ale Azriel jakoś wciąż czuł sentyment do języka hebrajskiego. Neftali wydawało mu się najodpowiedniejszym semickim imieniem dla żniwiarza. Wywalczony. Przesunął swoimi ustami po jego ustach, potem po policzku i wyszeptał do ucha.
- Od dziś będziesz należeć do mnie. - Dłoń Anioła przesunęła sie w dół pleców Neftaliego, a gdy smukłe palce dosięgły pośladka, zacisnęły się lekko. - Rozumiesz...?
Uśmiechnął się sam do siebie. Sprawiało mu dziką rozkosz postępowanie w ten sposób. Zganił się jednak. To nie o przyjemność mu chodziło. Chodziło o misję. Ludziom wydaje się, że Aniołom nie wolno tak postępować, że to grzech. Mało kto zdaje sobie sprawę, że jest to tak naprawdę rasa wojowników, rzemieślników. Poświęcenie... to dobre słowo by ich opisać. Poświęcą wszystko by wypełniła się wola Boska. Mogą chronić i pielęgnować człowieka. Wystarczy jednak jedno skinienie, by spuścili na niego grad nieszczęść. Azriel próbował skupić sie na tym, ale czuł jednocześnie podniecenie. Zrzucił je na karb zadowolenia z myśli o postępach w oczyszczaniu świata.
 
     
Kellan
[Usunięty]

Wysłany: 2016-02-01, 21:38   

Anioł. Pośrednik między Bogiem a człowiekiem. Ucieleśnienie dobra. Istota, która nie daje ponieść się uczuciom, wygryźć emocjom. Ileż w tych przekonaniach znajdowało się kłamstw! Stojący przed nim osobnik tego gatunku nie był nim. Przesiąkł człowieczeństwem do szpiku kości. Dostrzegł niewyraźne, acz widoczne ogniki pożądania w jego oczach, jednakże równie dobrze mógł być to chorobliwy wybryk jego wyobraźni, która zbyt rozwinięta, płatała mu nieprzyjemne figle.
Z opóźnieniem zarejestrował moment, kiedy wylądował w ramionach anielskiego stworzenia. Charakterystyczna woń załoskotała go w nos, ale nie miał czasu na nazwanie jej. Zetknięcie się ich ust sprawiło, że do głosu znów doszły dreszcze stłumione przez przyśpieszony oddech. Odwdzięczył się mu, muskając go w kącik ust i przy okazji też testując ich miękkość. Nie rozczarował się. Były delikatnie, trochę kobiece, zapach tytoniu z nich wyparował, choć równie dobrze to Kellan mógł wygospodarować sobie znieczulice od tego drażniącego smrodu. Zadrżał, czując jego oddech na swoim policzku, skórze i znów znieruchomiał, gdy cichy szept pieścił jego ucho.
- Neftali - powtórzył cicho, jakby chcąc zakodować sobie te imię, dobrze je zapamiętać, acz nie miał wątpliwości, że w końcu przepadnie w odmętach zapomnienia, zostanie zakopany pod zgliszczami zakurzonych wspomnień, bo choć obecność Azriel była namacalna, wątpił, że ich znajomość wytrzyma długo. Roztrzaska się na milion kawałków razem z próbą łapczywego złapania oddechu, niczym kruche szło w kontakcie ze ścianą. Przeminie niczym pora roku, gdy pierwsze płomienie słońca przebijają się przez dominujące na niebie chmury w akcie destrukcji białego puchu, pod którego ciężarem uginała się będąca w letargu przyroda.
Zacisnął delikatnie, acz stanowczo palce na jego ramieniu, czując pod materiałem wyraźnie zarysowane mięśnie. Od anioła emanowało spokój i ciepło, które sukcesywnie przenikało do ciała żniwiarza, wprawiając w ruch wymordowane przez próbę samobójczą człowieczeństwo. Kellan nawet przez krótką chwilę zapomniał, że otaczał ich śnieg, że mroźny wiatr z premedytacją pieścił ich twarze, a w powietrzu unosił się chłód niegdyś widoczny w jego oczach. Zbyt zaobserwowanym braniem, miał wrażenie, że czas na ułamek chwili się zatrzymał, a leniwie wskazówki zegara jeszcze bardziej się ociągają podróżując po jego tarczy.
Uciszenie pracy serca przyszło z trudem, acz w końcu osiągnął sukces w tej dziedzinie, bo mimo iż nadal jego uderzenia były wyczuwalne, teraz przynajmniej nie dekoncentrowały. Wbił w obiekt swojego pożądania pewne spojrzenie.
- Masz pecha - powiedział, a w jego głosie można było wyczuć pewną, niespotykaną dotąd nutkę współczucia. Żniwiarz nie urodził się pod szczęśliwą gwiazdą. Nad jego życiem wisiało fatum, które pożerało nie tylko jego, ale też sukcesywnie zabierało ważne dla niego osoby. Co prawda anioł nie znajdował się wysoko w jego hierarchii ważności, jednakże nie wykluczał, że ten stan rzeczy ulegnie przekształceniu.
- Pamiętaj, że jesteś odpowiedzialny za to, co oswoisz.
Wykrzywił usta w tajemniczym półuśmiechu. Złapał w palce dłoń, która zacisnęła się bezwstydnie na jego pośladku. Przejechał paznokciem po kciuki mężczyzny, zostawiając na nim ślad swojej obecności w postaci zadrapania, z którego powoli sączyła się krew. Pewnie równie słodka, co uroda tego wyjątkowego stworzenia.
 
     
Azriel
[Usunięty]

Wysłany: 2016-02-06, 20:58   

Kropla krwi przesunęła się po jego skórze w dół palca i opadła na śnieg. Rana w chwilę znikła, a skóra powróciła do swojej starej giętkości i zdrowia. Jedynym śladem po jej pojawieniu się, była czerwona smużka. Azriel uśmiechnął się łagodnie do żniwiarza. Słodki dzieciaczek. Tak przyjemnie się z nim obcowało, trzymało sie go w ramionach. Jednocześnie jednak brzydził się tego dotyku. Zawsze toczyły go takie ambiwalentne uczucia, gdy polubił choć trochę któregoś z tych plugawców. Misja jest jednak misją. Lepiej dla nich i wszystkich innych stworzeń, żeby umarli. Mogliby zrobić miejsce dla lepszych istot. Ziemia zasługuje na przyjemniejszych mieszkańców, a nie na niszczycieli. Są tacy pretensjonalni. Tacy "wyjątkowi". Wszystko dla nich.
- Każdy jest odpowiedzialny za siebie. Tylko czasami lepiej jest działać razem. Jeśli ze mną się zwiążesz w tej umowie, masz więcej szans na poprawę swojego losu.
Wypuścił go delikatnie z ramion i odsunął od siebie, by lepiej się przyjrzeć. Ładny. Jak na samobójcę. Zmarłego samobójcę. Powinien wykonywać swoje obowiązki dokładnie i rzetelnie. Wtedy zarząd Shinigami przymknie oczko na ewentualne potknięcia świetnego pracownika. Potknięcia oczywiście kontrolowane przez Anioła.
- Pomożesz mi... a ja pomogę Tobie.
Wsunął palce w jego włosy i uśmiechnął się.
- Zastanów się nad tym... przyjdę do Ciebie wkrótce po odpowiedź.
Zostawił ostatni pocałunek na jego ustach i rozwinął skrzydła, by odlecieć w mgnieniu oka.
z/t
(Wybacz proszę tą moją nieobecność i to, że teraz znikam. Ale trafiły mi się badania na wojskowych i w szpitalu psychiatrycznym. Muszę to ogarnąć do magisterki. Nie będę miał teraz czasu... )
 
     
Kellan
[Usunięty]

Wysłany: 2016-02-17, 17:24   

Hartwick nigdy nie rozważał za i przeciw. Podejmowane decyzje miały charakter spontaniczny i, choć budziło to wiele sceptyzmu czy nawet kontrowersji, nie dbał o to. Brzmienie Shinigami, rzucone mu na braki, było czystymi zbiegiem okoliczności. Zabawa duszami, obserwowanie jak ich żywot dogasa, a wspomnienia uciekają na kliszy filmu. Jedni zasługują na drugie życie, inni nie. Proces był bezlitosny, a on sam nie był ani upoważniony, ani chętny, by dokonywać takich selekcji. Rozkazy z góry, które przychodziły, były jedynym wyznacznikiem jego sprawiedliwości. Czasem niewykonane, bo najprościej świecie zafascynowała go inna czynność.
Pojawienie się na miejscu zbrodni było raczej obowiązkiem, a nie przywilejem, mimo iż wielokrotnie na swojej drodze spotykał Żniwiarzy, którzy z lubością kolekcjonowali duszę. Byłbym hipokrytą, gdyby udawał, że nie czerpie przyjemności z wykonywania „ostatecznych wyroków”. Czerpał małą satysfakcje, lustrując ostatni błysk w oczach, który po chwili, pozbawione tchnienia, zostają zwerbowane przez śmierć. Ulotna chwila szczęścia, ułamek sekundy, a potem rytuał znów się powtarza w zwolnionym tempie. Komedia romantyczna z gorzkim zakończeniem.
Bezinteresowne pomaganie to nie moja działka. Nie jestem fundacją charytatywną.
Zaśmiał się. Słowa anioła jeszcze przez chwilą brzęczały mu w uszach, a potem znikły, jakby rozwijane przez chłodny wiatr. Wykorzystał okazję i odwdzięczył pocałunek, choć sam ociągał się z przejęciem inicjatywy.
Nie zwlekaj.
Usta Kellana rozszerzyły się w półuśmiechu. Wbił spojrzenie w niebo, dostrzegając ledwo widoczne rysy skrzydlatego, który w końcu oddalił się i zniknął mu z oczu. Niedosyt. To jedyne uczucie, które teraz się w nim tliło.
Zrezygnował z kontemplacji niegdyś ulubionego ogrodu, wybierając drogę na skróty.

z/t

(Masz ode mnie PW. Jak wpadniesz, to przeczytaj sobie. xd)
 
     
Eliot Winters
[Usunięty]

Wysłany: 2017-07-02, 03:04   

Eliot spokojnym krokiem szedł przez wyniszczały już dawno ogród. Z pewnością nie budził on w nim żadnych, miłych odczuć. Wszechobecne zniszczenia, wraz z lekko późną już porą dnia tworzyły nawet z lekka niepokojącą atmosferę. Nawet pomimo tego jednak z twarzy młodzieńca nie schodził uśmiech. Rozglądał się uważnie po całym terenie, rejestrując każdy szczegół. Powiędnięte kwiaty, zniszczone ławki... dość ciekawy widok, to trzeba było przyznać. Zawsze jednak szukał on jakichś pozytywnych stron.
Hm~ Takie miejsca bywają nawiedzone, przynajmniej takie pogłoski noszą ze sobą te wszystkie historie o duchach. Ciekawie by było, gdyby coś się pojawiło, ale tutaj akurat szczęście nie dopisywało młodzieńcowi... nigdy. Może i słyszał wiele przesłanek, ale nigdy jeszcze nie spotkał się z żadną, paranormalną działalnością. Co? Że detektywowi nie przystoi wierzyć w duchy i inne bzdety? Jeśli potrafisz podczas dedukcji dojść do prawdy, to nieistotne jest w co wierzysz, a w co nie.
Koniec końców młodzian przysiadł na jednej z mniej zniszczonych ławek i założył ręce za głowę. Wieczór był spokojny... aż za spokojny. Doprawdy, nuda wokoło. Dawno nie zdołał wplątać się w żadną, ciekawą sprawę, ani nie dotknęła go żadna ekscytująca przygoda. Westchnął cicho i spojrzał w niebo. Niedługo powinno być widać już gwiazdy.
 
     
Lissandra
[Usunięty]

Wysłany: 2017-07-16, 13:24   

Dziewczyna biegła wąską kręta dróżką, przesuwając delikatnie palcami po zaniedbanych krzewach. Zerknęła przez ramię, aby upewnić się, że nikt za nią nie biegnie. Zwolniła kroku dopiero, kiedy znalazła się w wewnątrz ogrodu. Na pierwszy rzut oka nie zauważyła w nim nikogo. Lekki wiatrek targał resztkę zielonych liści, które jakimś cudem, przetrwały w tym miejscu. Dziewczyna szła wolnym, spokojnym krokiem. Rozglądała się od czasu do czas, p nie zbyt pięknym miejscu. Wszystko dokoła niej było zwiędłe. Niegdyś piękne krzewy przystrojone w cudne kolorowe liście, teraz stały zupełnie pozbawione swojej urody. Suche gałęzie wołały, o odrobinę deszczu, jednak w to miejsce widocznie on nie docierał. Anielica szła przed siebię, wąską dróżką, patrzyła przed siebię. Widok tego miejsca napawał ją wewnętrznym obrzydzeniem. Ławki i przydrożne latarenki, były tak samo zniszczone. Zapomniane, prze ludzi. Doszła do wnętrza ogrodu. Ludzie zapominają, o wszystkim, co jest piękne. Jak ten ogród. Jestem tu już kilkanaście lat, a dalej nie mogę zrozumieć tych istot? Dlaczego tak postępują? Dlaczego władza i pieniądze są dla nich tak ważne? Czemu wszystko, co naprawdę ma znaczenie nie jest dla nich ważne? Rozmyślała nad postępowaniem ludzkich istot, starając się ich jakoś zrozumieć. Nagle jej oczom ukazała się postać. Podeszła nieco bliżej mówiąc ciepłym głosem ;
- Niebo dzisiaj jest naprawdę piękne. Rzadko można w dzisiejszych czasach spotkać człowiek, który się w nie wpatruje. - Nie usiadła obok nie znajomego, tylko przystaneła obok ławki i spojrzała w cudnie roświetlone niebo. Łza spłynęła jej po bladym policzku. Nie wiedział czemu? Jednak w sercu czuła, że tęsknię za czymś, o czym już nie pamiętała. A może i pamiętała? Lecz nie chciała się pogodzić z utratą.



Ps; Wybacz, że musiałeś tyle czekać, teraz będę mieć więcej czasu, to szybciej będą się pojawiać odpisy.
 
     
Eliot Winters
[Usunięty]

Wysłany: 2017-07-17, 03:31   

// Nie martw się, jestem osobą cierpliwą ;3

Eliot zerkał tak w niebo przez dłuższą chwilę. Było piękne. Takie spokojne i nie zachwiane przez żadne okrucieństwo tego świata. Po prostu istniało tak daleko od wszystkiego i wszystkich, sprawiając wrażenie rzeczy nieosiągalnej. Ciekawe, czy ludzie kiedykolwiek dostaną się tak wysoko? Ale... te wszystkie sprawy czyniły je równie tajemniczym, co nudnym, bowiem niemożliwym i niezmiennym. Młodzian westchnął cicho, gdy nagle dobiegł do niego czyjś głos. To było niespotykane. Nie spodziewał się spotkać tutaj nikogo, w końcu miejsce tak zniszczone rzadko jest odwiedzane przez szerszą gawiedź. Z początku młodzieniec zwyczajnie odpowiedział spokojnym tonem, nawet nie zdając sobie z kim ma do czynienia.
-Masz rację, jest piękne, ale... - Eliot powoli odwrócił wzrok, aby zerknąć na swojego rozmówcę. Na jego twarzy pojawił się uśmiech, który przeważnie ją zdobił. Zaraz dodał rozbawiony. - ... niestety jest nieosiągalne. Haha, ciekawe jakie sekrety się tam kryją. - Zbadał nieznajomą wzrokiem. Jedynym jego źródłem światła był blask księżyca, który dzisiaj był doprawdy jasny. Piękna kobieta. W tych okolicznościach wyglądała niezwykle tajemniczo. W przeciwieństwie do młodzieńca jednak wydawała się... smutna. Tak, detektywowi nie umykało nic, nawet ta pojedyncza łza, która spłynęła po jej policzku.
-A ja pierwszy raz jestem świadkiem osoby, która tak by się wzruszyła, podczas podziwiania nocnego nieba. - Odezwał się wciąż wesołym, jednak ciepłym tonem. Kiedykolwiek widział kogoś pogrążonego w smutku, nie mógł tego tak po prostu zostawić w spokoju. - Coś cię gnębi, panienko?
 
     
Lissandra
[Usunięty]

Wysłany: 2017-07-17, 16:29   

<Dziękuję, za Twoją cierpliwość >

Jegogo pierwsze słowa były łagodnymy balsamem dla uszu Anielicy. Ten człowiek wydał się jej bardzo interesujący. Inny niż większość, których spotkała na swojej drodzę. Podeszła więc jeszcze bliżej. Lecz nie usiadła. Obeszła ławkę i oparła się o jej tył. Mogła w ten sposób przysłuchiwać się jego dalszym słową, które wychodziły z jego ust niczym kojąca melodia, dla spragnionych uszu. Teraz mogła uważniej słyszeć, każdy jego najdrobniejszy ruch, niż wcześniej, nie tracąc przy tym nieba z oczu. Jej oczy zaczeły lśnić, błękitnym blaskiem, kiedy stwierdził, że niebo jest nie osiągalne? Przeniosła wzrok na młodą twarz mężczyzny.
Dlaczego sądzisz, że jest nie osiągalne? Skoro się zastanawiasz jaka znajduję się tam tajemnica? To zpewnością masz już jakąś swoją teorię, lub wyobrażenie na ten temat. Nieprawdaż? Chętnie jej posłucham. O ile chciałbyś się z nią podzielić? Z przypadkową osobą, jaką w tym momencie jestem ja.- zapytała intrygującym głosem. Ludzie choć większość, to grzesznicy, ale nadal byli godni i warci nie tylko jej uwagi. Nagle do niej dotarły jego ostatnie słowa. Na jej policzkach pojawiły się lekkie rumieńce. Zrobiła zdziwioną minę, po czym dodała spokojnym głosem :- Poprostu wzruszyłam się. Taki cudowny widok, nie zdarza się na codzień. Nie widziałam jeszcze tylu gwiazd na niebie od dłuższego czasu. Łza spływająca po policzku, nie jest tylko smutkiem, czy tęsknotą, ale też po części radością. - Nie chciała mu powiedzieć, tak odrazu kim jest. Wolała, żeby myślał, że jest czlowiekiem tak jak on. Chociaż kusiło ją, żeby mu zaproponować, niezapomniane wrażenia lotu w przestworzach. Jednak wolała zaczekać, aż pozna go bliżej.- Wybacz nie przedstawiłam się. Na imię mi Lissandra, ale możesz zwracać się do mnie Liss. - Mówiąc te słowa skierowała swój wzrok na siedzącego mężczyznę. Ukłoniła się nisko z uśmiechem na ustach. - Miło mi Cię poznać. Jesteś niezwykłym czlowiekiem. Godnym podziwu, o niezwykłej inteligencji. Mało w tym świeci tak wyjątkowych ludzi jak Ty.- Liss może i trochę przesadzała z tymi słowami, lecz zawsze potrafiła wyczuć dobrego człowieka. Wiedziała jednak, że ludzie potrafili zadać ogromny ból i cierpienie. Zawsze mieli dwa oblicza. Rozdarcie duszy między dobrem, a złem. Zazwyczaj, to drugie rodziło się z bólu i wewnętrznego cierpienia. Z chciwości i pogardy do życia. Władza przysłania im to co piękne i ma niepowtarzalną wartość. Niesadziła jednak, że on do tej grupy należy. Jednak była przygotowana na obrót każdej niemalże sytuacji.
 
     
Eliot Winters
[Usunięty]

Wysłany: 2017-07-19, 03:25   

Przysłuchiwał się spokojnie słowom swojego rozmówcy, uśmiechając się lekko. Wyprostował się i śledził wzrokiem nieznajomą. Postać jednakże, zamiast spocząć na ławce, zwyczajnie obeszła zniszczony już mebel dookoła. Kobieta roztaczała wokół siebie tajemniczą aurę, nawet Eliot miał pewne problemy z określeniem jakim rodzajem osoby była.
-Dlaczego, co? - Stwierdził, jakby kierując te słowa do siebie. Było to najbardziej powszechne, a jednak najtrudniejsze pytanie. Położył łokcie na kolanach, po czym oparł głowę na swoich dłoniach, spoglądając naprzód, jednakże nie wpatrując się w nic konkretnego.-Haha, a może panienka dosięgnąć nieba? Nawet po niektóre rzeczy na ziemi nie da rady zwyczajnie sięgnąć, gdy tylko wyciągniesz swoją rękę przed siebie. - Zaśmiał się krótko, znowu prostując swoje ciało i opierając o ławkę. Wyciągnął swoją prawą dłoń w górę, jakby faktycznie pragnął dosięgnąć nieba, jednakże szybko ją cofnął. Wyglądał, jakby dobrze się bawił. -Hm... Spotkania przeważnie są przypadkiem. Życie składa się z nieprzewidzianych sytuacji i to właśnie czyni je zabawnym. Ale muszę cię zasmucić panienko, bowiem nie mam bladego pojęcia co może kryć się w ciemnościach nocnego nieba. Jest to coś, czego nawet ja nie mogę wykoncypować. Właśnie dlatego je lubię. - Westchnął cicho - Choć wierzę panienko, że niegdyś ludzie mogą się dostać na tyle wysoko, aby to sprawdzić. Mam wrażenie, że rozwiązana zagadka straci jednak swoją wartość, a niebo wtedy stanie się czymś zupełnie innym. A jakaż jest panienki wersja?
Mimo iż wcześniejsze określenie powodu smutku nieznajomej było z lekka żartem, okazało się adekwatne. Cóż, młodzieniec na razie nie miał powodu wątpić w jej słowa, więc nie zakładał kłamstw i przekrętów już z początku. Może po prostu nie wyczuwał nic takiego.
-Toż to doprawdy niespotykane. Tęsknota do miejsca, w którym nigdy się nie było, a szczęście niby po odcięciu od czegoś przez bardzo długi czas. Ciekawe, doprawdy. - Brzmiało to trochę jak przekomarzanie się, jednakże młodzieniec zaraz zrobił trochę zmieszaną minę. -Oh, przepraszam panienko, nie chciałem cię urazić.
Rozmowa z kimś, kogo imienia nawet nie znał nie przeszkadzała mu w najmniejszym stopniu. Gdyby kobieta nie zrobiła pierwszego kroku w kierunku przedstawienia się, młodzieniec prawdopodobnie zapomniałby całkowicie o takiej możliwości. Otrząsnął się zaraz, podnosząc się z ławki, aby przejść parę kroków i stanąć przed nieznajomą.
-Eliot. Eliot Winters. Do usług, panienko. - Brzmiało trochę jak prezentacja przy interesach. Młodzieniec ściągnął z głowy swój kapelusz, przycisnął do piersi i ukłonił się, jak to przystało na dżentelmena.-Miło mi. - Podniósł się i szczęśliwy wrócił kapelutek na jego prawowite miejsce.
Następne słowa szczerze go zaskoczyły, co od razu było widać to na jego twarzy. Miał do czynienia z faktycznie specyficzną osobą, która zamiast określenia "osoba", używała "człowiek", co dawało wrażenie odniesienia do odległego gatunku. Co nie zmieniało faktu, że zaskoczony był głównie samym znaczeniem słów. Młodzieniec jednakże zachował wszelkie przemyślenia dla siebie, w końcu przywracając uśmiech na swoją twarz i opierając się ręką o ławkę.
-Haha, dziękuję za komplement. Masz panienko dobre oko. - Zażartował, również spodziewając się każdego możliwego obrotu spraw. Nikogo nie dało się dokładnie ocenić po kilku minutach konwersacji.-Cóż sprowadza panienkę do takiego miejsca, o tak późnej porze? Jestem ciekaw. - Dodał melodyjnym głosem. Nawet po poznaniu imienia wciąż odnosił się per "panienka", bowiem szczerze bawił go taki stan rzeczy.
 
     
Lorien DeVille


Wiek: 20/???
Dołączył: 15 Gru 2016
Posty: 45
Wysłany: 2017-12-29, 20:30   

Demonica w końcu dotarła do miasta. Najpierw była dość długo w drodze, przy okazji napotykając anielicę, potem zajrzała na festiwal balonów, ale nie zagościła tam na długo, żeby w końcu pojawić się tutaj. Wcześniej nie rozglądała się tak skrupulatnie po uliczkach, chociaż posyłała ciekawe spojrzenia w kierunku różnych ludzi. Zapach żadnej z dusz niestety nie zainteresował ją wystarczająco aby zdecydowała się na małe polowanie. Ktoś taki jak panna DeVille był smakoszem, koneserem dobrych smaków. Ostatecznie demony istniały przez całe wieki, tysiąclecia i wędrowały po tym ziemskim padole bądź wyłapując co ciekawsze kąski bądź decydując się na zawarcie kontraktu z prawdziwymi unikatami. Nie każda dusza się do tego nadawała, chyba, że ktoś miał bardzo obniżone progi jakościowe, a i tacy piekielni przecież się wśród nich zdarzali. Zdesperowani, głodni, słabi... były łatwym łupem dla silniejszych demonów, które mogły ich sobie podporządkować. Ale tak czy inaczej świat tych istot rodem z piekła nie był aż tak fascynujący jak świat ludzki. Lorien co prawda często wydawała się znudzona, wręcz mało zainteresowana tak płytkimi elementami otaczającej jej rzeczywistości, ale równocześnie potrafiła z tego bałaganu wyłuskać coś dla siebie. Teraz przemierzała bardziej zaniedbaną część miasta. Brakowało tutaj pięknie zdobionych budowli, oszałamiających swym blaskiem kreacji bogatych kobiet, brakowało luksusu i przepychu, ale nie żądała tego akurat teraz, akurat na tą chwilę.
Było ciepło, chociaż może nie słonecznie. Zauważyła, że w tym rejonie na niebie głównie dominują chmury, zaś krajobraz często przedstawia się dość szaro, wręcz ponuro. Dodatkowo w tym obszarze nie brakowało zwyczajnej biedoty. Czasem dostrzegła pijaków wesoło śpiewających w pobliżu karczm czy gospód w poobdzieranych ubraniach, czasem żebrzące dzieci, a czasem kobiety, które sprzedawały jakieś owoce czy warzywa byle tylko mieć co włożyć do garnka i wykarmić swoje pociechy. Standardowy obraz biedy i rozpaczy. To takie urocze, prawda? Jest na co popatrzeć, jest skąd czerpać inspirację. Zdarzyło się, że zaczepił ją jakiś mężczyzna. W końcu prezentowała się jako atrakcyjna kobieta, na dodatek ubrana czysto, chociaż nie przesadnie bogato. Posłała mu takie spojrzenie, że natychmiast udał się w innym kierunku jakiś przygaszony, a jeszcze chwilę temu chętny by adorować ją i zapewne spędzić w jej towarzystwie upojną noc. Nie, nie, nie... Lorien miała znacznie wyższe wymagania, ale nie rezygnowała zupełnie z takich uciech jeśli tylko znaleźli się kandydaci jej godni. Przechodziła ścieżką, okolica wydawała się niemal martwa, brudna, nikt tutaj nie dbał o nic oprócz własnego przeżycia. W oddali usłyszała bawiące się dzieci. Będą chciały pobawić się w jej towarzystwie?
 
     
Nancy Moron

Wydz. Żniwiarzy

Kosa śmierci: zaostrzony bumerang - Chi
Poziom życia: 100%
Dołączył: 22 Paź 2014
Posty: 200
Wysłany: 2018-01-06, 00:24   
   Multikonta: Sharon


Mała żniwiarka miała tutaj zlecenie. Tą małą żniwiarką był nie kto inny jak ona. Nancy. WE WŁASNEJ OSOBIE. Klękajcie narody, bo ona właśnie nadciąga. Ta drobna, jakże niepozorna żniwiarka, która wydawać by się mogło wcale nie jest niebezpieczna. Uosobienie miłości i współczucia! Tak, to ona. Już z daleka wyczuła umierającego. Bezdomny suszący się z głodu. Ach, takich duszyczek było tutaj wiele! To w końcu te brzydkie i nieprzystępne dzielnice Londynu, w których króluje brud, smród i ubóstwo. Można wręcz powiedzieć, że takie przypadki zdarzają się tu nader często. A to jakiś człowieczek zdechnie z głodu, a to po pijaku go inni zatłuką, a to w zimie z wychłodzenia. Och... wtedy ich umierało naprawdę dużo! Mieli ręce pełne roboty! Tylko najbardziej wytrawni i doświadczeni bezdomni byli w stanie przetrwać mróz i śnieżne zamiecie. Dobra, dobra... była już blisko. Teraz czysty. Człowieczek leżał sobie przy ławce wysuszony jak śliwka. Nikt obok nie przechodził, a nawet gdyby pewnie nikt by się nim nie zainteresował. Co więc zrobiła nasza mała niepozorna żniwiarka? Wyciągnęła rękę do potrzebującego? Ach nie!
Na plecach miała umiejscowiony swój bumerang. Sięgnęła po oręż i wyrzuciła go z dłonie z mocnym zamachem, dobrze namierzając cel. Zaostrzona część broni raziła błyskawicznie mężczyznę nacinając go, zanim zdążył dostrzec nadlatującą broń. To go nie zabije, to go tylko natnie. Nie ładnie tak zabijać kogo nie trzeba przecież!
- Pierwsza! - obwieściła dumnie, oglądając się za siebie... zmierza za nią ten buntownik z wyboru czy nie?
Zeskoczyła na ziemię i zerknęła na filmowe nagranie gościa. Już po kilku chwilach wiedziała, że nie będzie to nic ciekawego, odznaczyła coś niedbale na zmiętej kartce papieru będącej pewnie raportem, wcisnęła go znów do kieszeni i też zwróciła uwagę na odgłos bawiących się dzieci, musiały być niedaleko.
- Jakie małe nicponie... - postąpiła kilka kroków w przód, żeby rzucić okiem na trójkę chłopców, umorusanych ziemią, którzy uganiali się za sobą nawzajem.- Ile wam jeszcze przyjdzie pożyć...
Zerknęła jeszcze na raporty... nie, wszystko wskazywało na to, że nie ma żadnego z tych dzieciaków przewidzianego na dzisiaj.
 
     
Albert Reeds

Wydz. Żniwiarzy

Wiek: 19/26 lat
Ekwipunek: komplet dziesięciu noży
Kosa śmierci: sierp
Poziom życia: 100%
Dołączył: 25 Sie 2015
Posty: 183
Wysłany: 2018-01-08, 00:16   

Niby to była typowa zabawa shinigamich, ale początkowo Reeds czuł do niej niechęć. Tak jak do wszystkiego co wiązało się z bogami śmierci, z rasą do jakiej nie uśmiechało mu się przynależeć i z obowiązkami, które wykonywać musiał, a nie były dla niego niczym przyjemnym. Neh, lubił aktywność fizyczną i generalnie nie przeszkadzało mu bieganie po dachach budynków, skakanie po gałęziach drzew czy nawet pościgi za odjeżdżającymi pociągami, bo też mu się tak zdarzało, ale oglądanie na umierających ludzi było średnią rozrywką. Akurat Nancy potrafiła się w tym odnaleźć i dobrze bawić, a on nie. Trudno. Chcieli go na żniwiarza, niech się z nim męczą. Tyle, że od jakiegoś czasu nie sprawiał im żadnych zbyt złożonych problemów, ale kto wie... kto wie kiedy znowu przyjdzie ten stan amoku, w którym tracił poczucie rzeczywistości, grunt umykał mu spod nóg i nagle stawał się jakąś nieobliczalną istotą. Kto by posądził o to Reedsa? W czasach gdy był człowiekiem nikt, ale od paru lat niestety znosił żywot jakiegoś tam shinigamiego i w przeciągu najbliższych kilku wieków raczej nie zapowiadało się na większe zmiany w tej materii.
Z czasem jednak ściganie się z Nancy nabrało pewnych cech rywalizacji, a kto nie lubił się czasem pobawić w takie rzeczy... kto pierwszy ten lepszy i tak dalej. Więc... łączyli swoje zlecenia z danego dnia, mieszali raporty i wygrywał ten kto ściął z całej puli więcej dusz. Moron miała bardziej zwrotną kosę śmierć do wykonywania takich zadań, ale akurat Reeds był od niej wytrzymalszy i silniejszy fizycznie, więc można powiedzieć, że szanse rozkładały się po równo. Akurat w tym przypadku, jakiegoś bezdomnego dogorywającego swych ostatnich chwil pod ławką, dziewczyna nieznacznie go wyprzedziła i w momencie gdy już zeskakiwał z sąsiedniego drzewa na miejsce tuż obok przyszłego denata, jej bumerang przeciął jego ciało, z którego zaczęło wyłaniać się filmowe nagranie, prezentujące cały nędzny żywot tego nieszczęśnika. Yup, to nie było nic godnego uwagi.
- I tak ja prowadzę. Jednym zgonem. - mruknął pod nosem, obracając leniwie w dłoni trzonek swojej kosy śmierci.
Przecież nie pozwoli jej wygrać. Dobra, dobra... może to było małe i szybkie, ale bez przesady. Właściwie Nancy wygrała z nim w tą zabawę tylko dwa razy, dopiero jak wciągnęła go w tą żniwiarską rywalizację.
- Co sobie nimi zawracasz głowę? - odchrząknął podchodząc bliżej w jej stronę, ale jego spojrzenie, które padło na wygłupiające się dzieciaki nie wyrażało ani grama zainteresowania.- Na każdego przyjdzie czas. - wzruszył obojętne ramionami.- Ile nam zostało do kolejnego zlecenia?
_________________


But oh, God,
I feel I've been lied to
Lost all faith in the things
I have achieved

 
     
Lorien DeVille


Wiek: 20/???
Dołączył: 15 Gru 2016
Posty: 45
Wysłany: 2018-01-10, 15:58   

Spokojny krokiem skierowała się bliżej. Wyczuła tam jeszcze czyjąś obecność, ale z początku nie określała ki są ci nowi przybysze. Ten świat jest całkiem spory i siłą rzece demony muszą go dzielić nie tylko ze śmiertelnikami, ale również z wieloma istnieniami, innego nadnaturalnego pochodzenia. Nie ma w tym nic dziwnego. Kiedy więc postąpiła tych parę kroków, zza jednego drzew ukazał się jej widok bawiących się dzieci. Dzieci... to często one miały najbardziej ciekawy smak duszy, chociaż sama piekielna nie przepadała za nimi zanadto. Często bywały rozkapryszone, dużo bardziej wymagające niż dorośli. A jednocześnie potrafiły być czyste, niewinne, nawet w przypadku gdy zostały już skalane złem tego świata. Na swój sposób pozostawały fascynujące, nawet przy okazji zwykłej obserwacji.
Tylko na chwilę przykuły one wzrok demonicy. Chłopcy, którzy wspólnie się zabawiali, pomimo otaczającej ich biedy, pomimo widocznego ubóstwa, która łatwo zauważyć chociażby patrząc na ich ubranie nie byli aż tak ciekawi jak para bogów śmierci, jaka zawitała w te rejony całkiem niedaleko. Byli po drugiej stronie tej samej polany, tej samej części ogrodu. Dzieliło ich może kilkanaście metrów, chociaż w sensie egzystencjalnym była to przepaść bez miary. Dziewczyna, która bardziej wystąpiła na przód dzieliła spory bumerang, zaś chłopak... miała wrażenie, że skądś go kojarzy, że powinna go znać. Zmrużyła oczy w ten sposób, że niemal uzyskały koci kształt. Była pewna, że widok... może nawet smak duszy tego młodego mężczyzny nie był jej obcy. Tkwiła bez ruchu szukając w głowie powiązań. Tak, kiedyś czuła coś podobnego. Dwóch chłopaków zawarło z nią kontrakt. Czy to było we Francji? Wypełniła swe zobowiązanie i pochłonęła ich dusze. Ten żniwiarz miał coś z nimi wspólnego, była tego absolutnie pewna. Niech tylko odszuka jeszcze punkt zaczepienia... tymczasem jednak nie zamierzała dłużej tkwić w cieniu. Podeszła bliżej, krok za krokiem obchodząc miejsce, w którym bawiły się dzieci.
- To już? - zapytała, spoglądając w stronę shinigami.- Czy może jednak zdążyłam na kolację? - na jej wargach pojawił się lekki uśmiech i chociaż wypowiedziane przez nie słowa może i dla mało orientującej się osoby, brzmiały dość zwyczajnie, to bogom śmierci raczej nie trzeba tłumaczyć ich znaczenia.
Zachowywała się przy tym całkiem spokojnie. Jak człowiek. Przecież była nim nawet w oczach tych dzieci.
 
     
Nancy Moron

Wydz. Żniwiarzy

Kosa śmierci: zaostrzony bumerang - Chi
Poziom życia: 100%
Dołączył: 22 Paź 2014
Posty: 200
Wysłany: 2018-01-12, 00:28   
   Multikonta: Sharon


Dzieciaczki. Był całkiem słodkie. Co prawda nie miały futerka i nie dało się ich tak tulić jak zwykłe zwierzątka, ale... ujdzie w tłumie, prawda? Na bezrybiu i rak ryba! Ale, ale... nie będzie się na nich rzucała. Nie teraz. Niech korzystają z życia póki mogą, do momentu gdy na swej drodze nie spotkają żniwiarza, który zjawi się w celu odebrania im duszy. Smutne, ale jakże prawdziwe! Nancy akurat przywykła już tak bardzo do tej roboty, że żadnego wrażenia nie robiła na niej śmierć młodych czy starych, ta bardziej spokojna czy bardziej krwawa. Jak się nie lubi co się ma... nie, to powiedzonko szło jakoś inaczej chyba. W każdy razie nauczyła się ty bawić, odnalazła się w tym i co tu dużo mówić, było całkiem nieźle!
Obejrzała się na Alberta. Ach, tu jest... był blisko. Ledwo zdążyła. Młody był jeśli chodzi o fach żniwiarza, dużo się jeszcze musiał nauczyć, ale szło mu całkiem nieźle, a pod względem kondycji fizycznej nadawał się idealnie do pracy w terenie. Moron też nie potrafiłaby wypełniać żmudnych obowiązków za biurkiem. Jaka to nuda! A tutaj, w środowisku ludzkim zawsze coś się działo, zawsze było ciekawie.
- Wyrównam. W następnej kolejce wyrównam.- zapewniła go oczywiście z absolutnym przekonaniem w głosie, że jej się uda, chociaż na dobrą sprawę... to tak średnio miała szansę.- A co? Nie lubisz dzieci? Nie chciałbyś wziąć takiego jednego, słodkiego dzieciaczka do pokoju? - tak, bo nie ma to jak łapać smarkacze z ulicy i zabierać je do Instytutu shinigamich, gdzie na pewno jest ich miejsce!- Do następnego... - wyjęła stos papierków, znaczy trochę pomiętych raportów, przeglądając je niedbale kartka po kartce.- Niecałą godzinkę. Nie trzeba się tak śpieszyć. - oczywiście ciało mężczyzny, któremu przed chwilą odebrała duszą dalej leżało sobie pod ławeczką, ale panna Moron już zupełnie straciła nim zainteresowanie.
I wtem pojawiła się ona... Nancy podniosła wzrok na ten demoniczny obiekt i zamrugała oczkami. No tak, tak... wszędzie się teraz to to panoszy. Jak mrówków! Czyżby piekło przeżywało ostatnio jakiś okres godowo-rozrodczy?
-Sio. - wykonała niedbały gest dłonią w stronę Lorien, przy okazji pakując sobie raporty do kieszeni.- Nikt cie tu nie zapraszał, kolacja odwołana... po prostu... sio. - powtórzyła, nie zważając nawet na fakt, że pośrodku tej sytuacji znajdują się te dzieciaki, które pewnie nic z tej sprawy nie rozumiały.
 
     
Albert Reeds

Wydz. Żniwiarzy

Wiek: 19/26 lat
Ekwipunek: komplet dziesięciu noży
Kosa śmierci: sierp
Poziom życia: 100%
Dołączył: 25 Sie 2015
Posty: 183
Wysłany: 2018-01-14, 16:52   

Reeds jakoś wątpił, że Nancy będzie w stanie cokolwiek wyrównać, chociaż nie lekceważył całkiem jej możliwości. Ale o ile znał te dziewczynę, to... pewnie w jakiś idiotyczny sposób po drodze podwinie się jej noga. Z tego co się orientował miała zwyczajnie pecha w takich podbramkowych sytuacjach, ale niech będzie. Zostawmy to losowi. Tak czy inaczej na wspomnienie o dzieciach, posłał jej dość pobłażliwe spojrzenie. Taaa... kompletnie nie wyobrażał siebie w roli ojca. W ogóle jakoś średnio przepadał za dziećmi, a raczej nie widział żadnego powodu do nawiązywania z nimi jakichkolwiek relacji. Sceptycznie podchodził do tej bandy podrostków, pochodzących najwyraźniej z okolicznych domów, bo chyba nikt z lepej urodzonych dzieciaków nie bawiłby się w miejscu takim jak to. Jak będą miały szczęście to przeżyją, jak będą miały mniej szczęścia, będą klepać biedę jak ich rodziny albo kraść czy w inny sposób kombinować co do ust włożyć, a jak nie będą miały szczęścia to pewnie do dożyją tej "wymarzonej" dorosłości. Wiele młodych ze społecznych nizin szybko umierało. Życie nie rozpieszczało tutaj nikogo.
- Nie żartuj sobie. Skończyłby pewnie jako przekąska dla lamparta.- mruknął, przenosząc spokojnie wzrok na te dzieciarnię. - Fakt czyli mamy jeszcze trochę czasu.
Tak, dziki kot zawsze zostanie dziki. Nawet jeśli go trochę udomowił, ale zwierzak wciąż mógł instynktownie rzucić się na mniejszą, słabszą od siebie ofiarę. Nie, Reeds nie będzie go karmił przecież dziećmi... a ryby czy inne mięso.
- Hmm?- dostrzegł jak w ich otoczeniu pojawiła się kolejna osoba, a po reakcji Nancy wiedział, że coś jest nie tak... zresztą, sam się zaraz zorientował.
Trafili na demona. Pięknie. Reeds raczej nie miał z nimi żadnego świadomego, bezpośredniego spotkania wcześniej. Bo nieświadomego nie wykluczał. Czasem przecież gdy stracił panowanie nad sobą, wracał poharatany dość mocno, a nie wiedział z kim zadał i dlaczego. Ale mimo to... ją chyba widział dopiero pierwszy raz. Chyba nie działało to w drugą stronę, bo piekielna jakoś szczególnie mu się przyglądała. Niby czego ona może chcieć od niego? A może jednak już się widzieli?
- E, dzieciaki... sprawdźcie czy was w domu nie ma. - rzucił do młodych, a że nie wyglądał na przyjaźnie nastawionego to smarkacze nie buntowali się, tylko zawinęli szybko w stronę tych zrujnowanych kamienic.- Kolacja sobie poszła. - skwitował tylko, zerkając podejrzliwie na demonicę, bo wciąż nie rozumiał jej zainteresowania... przecież sobie tego nie wymyślił. Nieważne, do następnego zlecenia jest jeszcze trochę czasu, nie muszą się tak śpieszyć póki co.
_________________


But oh, God,
I feel I've been lied to
Lost all faith in the things
I have achieved

 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


On-anime.pl



Projekt K7 M&A | http://k7.ubf.pl


Styl i grafika zedytowane przez Ciela Phantomhive. Uprasza się o nie kopiowanie.
Kuroshitsuji. Yana Toboso.
Strona wygenerowana w 0,38 sekundy. Zapytań do SQL: 12