Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Witajcie w Anglii pod koniec XIX wieku, we wspaniałej choć zarazem mrocznej i zagadkowej epoce wiktoriańskiej. Mnożą się tajemnicze przestępstwa nad którymi Scotland Yard załamuje bezradnie ręce. Londyn staje się polem kryminalnych rozgrywek i zbrodni mrożących krew w żyłach. Zaniepokojona Królowa Wiktoria uruchamia wszystkie swoje siły do tego by zwalczyć rosnącą przestępczość. Ten mroczny świat zamieszkują wspólnie z ludźmi: demony, które wykorzystując słabość człowieka zawierają kontrakty w zamian za dusze śmiertelników; anioły pragnące oczyścić plugawą ludzkość z grzechów; shinigami zaprowadzające porządek pośród problematycznych dusz, a także piekielnie zwierzęta o nieprzewidywalnej naturze. To wszystko dzieje się już poza wiedzą i poza wzrokiem zwykłych ludzi, jednak ma na ich życie ogromny wpływ. Przetrwanie w tym świecie jest prawdziwym wyzwaniem, które może okazać się przygodą na śmierć i życie.
► Login = imię i nazwisko postaci bądź tylko imię (jeśli nie ma nazwiska).
► Zapraszamy do udziału w przedstawieniu Romeo i Julia! Zapisy w tym temacie!

POSZUKIWANIA
► Basil poszukuje skrzypkowego konkurenta, nachalnego klienta i innych powiązań.
► Albert poszukuje przyrodniej siostry.
► Rikuo poszukuje ochotnika do sesji.
► Eliot poszukuje znajomości, wroga.
► Anne poszukuje arystokraty, demona, anioła, demonicznego zwierzęcia i ojca..

Sierpień 1889r.
Nad Londynem gorąca aura sprzyja gwałtownym, letnim burzom z silnymi wyładowaniami. Temperatura będzie wynosić ok. 28'C w dzień, w nocy zaś 16'C.

Poprzedni temat «» Następny temat
Port
Autor Wiadomość
Annie Marie Leander


Rodzina: SYNALEK JEJ UKOCHANY.
Wiek: 22 już!!!!
Znaki szczególne: Ona cała jest specyficzna, nie można zaprzeczyć.
Ekwipunek: Papierosy, notatnik.
Kontrakt z: Naah.
Dołączył: 27 Maj 2014
Posty: 42
Wysłany: 2015-10-27, 16:20   

Niezmiernie dziwił ją brak reakcji ludzi, którzy jeszcze przed chwilą tu byli. Nagle, ot co, poznikali, usunęli się z drogi. Nikt nie wyraził jakiegokolwiek sprzeciwu, po prostu, stwierdzili, że tak jest wygodniej, po co się narażać. To, co się właśnie stało, nie mogło wyglądać jak zabawa, mało kto podrywa dwójkę młodych ludzi z miejsca i zarzuca na ramię dla uciechy obu stron. Jednak nie, ludzie woleli udać ślepych i głuchych. Czy oznaczało to, że Ania i jej mały towarzysz mają do czynienia z towarzystwem, z którym lepiej nie zadzierać? Może strach przed nimi paraliżował wszystkich, włącznie z nią? Nigdy jeszcze tak na strach nie zareagowała, zazwyczaj dodawał jej siły, sprawiał, że mogła biec jeszcze dłużej, nawet jeśli nogi zaczynały odmawiać jej posłuszeństwa. Tym jednak razem zwisała, wgapiona w blond chłopca, który wcale nie wyglądał jak jej totalne przeciwieństwo, a tego po takim buntowniku mogła się spodziewać. Sam się nie rzucał, nie kopał, nie gryzł. Może stwierdził, że to mogłoby tylko pogorszyć ich sytuację? Najprawdopodobniej i to też spowodowało, że Anna nie szukała w sobie resztek odwagi. Była to wyjątkowa sytuacja, niezmiernie dla nich niebezpieczna i trzymanie się w tym momencie własnych filozofii życiowych, mogło to życie znacznie ukrócić.
Dopiero po chwili zorientowała się, że niosą ich na statek. Tak tak, mogła się tego na początku domyśleć, ale naprawdę, nie miała do tego głowy. Mimowolnie zerknęła na chłopca, jakby oczekując od niego jakiejś reakcji. Jakiejkolwiek. Zawiodła się jednak i zrezygnowana opuściła głowę, wgapiając się w grunt pod stopami swojego "nosiciela". To, że znajdowali się na statku na tyle ją zajęło, że nawet nie zauważyła kiedy przystanęli. Kompletnie też nie zwracała uwagi na to co mówili, a z zamyślenia wyrwało ją dopiero to, że zaczęli się zniżać. Nie miała siły na wiercenie się, starała się nawet udawać, że kompletnie jej ta sytuacja nie ruszała. Dopiero po zderzeniu z podłogą wydała z siebie zduszony jęk. Podniosła się niezbyt zgrabnie na łokciu, chcąc jakby złapać za ścianę i wstać. Mimo to, udało się jej jedynie o ową ścianę oprzeć, wzrok zaś skierowała w stronę chłopca. Nie odezwała się jednak, czekając na to co sam jej powie. Jeśli w ogóle się odezwie.
_________________
 
     
Terence Ephraim Alberione


Rodzina: Czwórka przyrodniego rodzeństwa, za którym nie przepada oraz szajka złodzei, której się trzyma z wygody. No i oczywiście Anka.
Wiek: 11 lat.
Znaki szczególne: Heterochromia. Prawe oko ciemnozielone, lewe jasnoniebieskie.
Ekwipunek: Niewielka torba z różnościami, bo nigdy nie wiadomo co się kiedy może przydać oraz mały nóż przytroczony do pasa.
Kontrakt z: Svertigu, czy byłbyś tak uprzejmy i przestał zachowywać sie jak totalny błazen? Charlotte, nalejże tej whiskey, w takich warunkach nie da się pracować na trzeźwo.
Poziom życia: 100%
Dołączył: 07 Mar 2015
Posty: 38
Skąd: Znikąd
Wysłany: 2015-11-01, 19:41   
   Multikonta: Behemot


Nie rzucał się, nie kopał, nie gryzł - bo i po co? Bycie „workiem kartofli” wydawało mu się najrozsądniejsze w tym momencie. On również zauważył, że ludzie tajemniczo poznikali w portowych budynkach, albo zupełnie nie zauważali tego co się dzieje. Wobec takiej znieczulicy, której szczerze mówiąc niespecjalnie się dziwił bo sam często takową reprezentował, nie widział sensu marnowania energii na próbę uwolnienia się, która skazana była na porażkę. Jedyne co się mogło wydarzyć to porządne poturbowanie przez tych całkiem silnych mężczyzn, a to naprawdę nie była opcja, którą mógł wybrać. Sam nie mógł sobie teraz pomóc i nie mógł też liczyć na nikogo innego. Trwał więc przy swojej minie absolutnego oburzenia, że ktoś ośmielił się go nieść bez jego zgody i obserwował pilnie opryszków. W końcu może uda mu się przyuważyć jakieś ich słabości i je potem wykorzystać. Trochę się co prawda wiercił, żeby przypadkiem nie pomyśleli, że faktycznie niosą worek kartofli. Poza dumą, która nie pozwalała mu się upodobnić do zwykłych ziemniaków powodem była jeszcze zwykła zapobiegawczość: niech go wezmą za zwykłego chłopca, takim mniej się przyglądają niż chłopcom dziwnym, którzy to nie próbują się wyrywać wcale.
Nie zdziwiło go specjalnie wnoszenie na pokład statku, choć nie bardzo mu się to podobało. Ze statku trudniej uciec, szczególnie gdy nie umie się pływać, a przynajmniej nie za dobrze. Starał się dobrze zapamiętać to, co widział, żeby móc to potem jakoś wykorzystać: układ statku, rozmieszczenie ludzi. Co prawda marynarze mogli się przemieszczać, ale to gdzie kto stał dawało mu niejakie wyobrażenie kto kim jest i gdzie się go można spodziewać później.
Mimowolnie skrzywił się, kiedy otworzono klapę, bo doprawdy nie lubił ciemności.
- Sam sobie skacz, jeśliś taki mądry… - mruknął tak, że nawet mężczyzna, który go niósł miał słabe szanse na zrozumienie co chłopiec powiedział. Terence nie spodziewał się oczywiście królewskiego traktowania ze strony ludzi, którzy już i tak w dość sporym stopniu uwłaczali jego godności, niemniej znoszenie pod pokład w stronę absolutnej ciemności i smrodu uznał za pogwałcenie do reszty odrobiny kultury przestępczej i nie omieszkał tego okazać nieco energiczniejszym wierceniem się. Wiedział, że poza sińcami niewiele to da, ale dał już rzezimieszkom za dużo satysfakcji z niesienia go dokąd im się żywnie podoba, żeby teraz choć w małym stopniu nie utrudnić odstawienia go gdzie im się żywnie podoba.
Już w kolejnej chwili był pod pokładem, wrzucony, sponiewierany i diablo wściekły. Zazgrzytał zębami i to była chyba jedyna oznaka stanu jego ducha, poza tym wydawał się być obojętny na wszelkie wydarzenia, jakby miał w nosie co z nim dalej zrobią. I gdy tylko minął pierwszy szok po zderzeniu usłyszał zduszone jęknięcie dziewczyny, które go nieco zirytowało. Gdyby nie ona nic by się nie stało, zauważyłby tych oprychów wcześniej i zwiał. Mógł też zwiać kiedy próbowali go złapać, to nie byłby problem, tylko że wtedy się zastanowił. On, Terence Ephraim Alberione - istota tak nieczuła na krzywdę bliźnich zastanowił się nad losem dopiero co spotkanej dziewczyny, która udawała mężczyznę. I jak tutaj nie twierdzić, że kobiety są przyczyną wszelakich nieszczęść. Oto najlepszy tego dowód leżał gdzieś tam w ciemnościach i jęczał! Żeby tego było mało, kiedy on podniósł się i mimo obrzydzenia zaczął na oślep sprawdzać gdzie dokładnie się znajdują nie słyszał, żeby się choć ruszyła! Kobiety! Kiedy nie potrzeba zagadają cię na śmierć, ale liczenie na nich w sytuacjach kryzysowych jest niczym proszenie strusia aby zaczął latać, pomyślał rozgoryczony i prychnął gniewnie nie znajdując na razie wyjścia z sytuacji. Znajdowali się w achterpiku, co wywnioskował po wyjątkowo niskim suficie wskazującym na położenie pomieszczenia pod kokpitem. Przejście do znajdującej się obok ładowni zostało dość niedbale zabite, wystarczająco aby zapach ryb łowionych od czasu do czasu dla niepoznaki przedostawał się do małego pomieszczenia, ale też dostatecznie mocno by człowiek bez narzędzi nie dał rady przedostać się do pozostałych części statku. Zorientowawszy się mniej więcej w swoim położeniu usiadł spokojnie w bliżej nieokreślonej części tej wyjątkowo nieciekawej ładowni i spojrzał na swoją towarzyszkę. Od razu powróciło to niezidentyfikowane uczucie irytacji, jakby sama jej obecność sprawiała, że trudniej mu się myślało. Mimowolnie zaczął szeptać cicho swoje spostrzeżenia, upewniając się niejako, że nic mu nie umyka.
- Zaraz obok jest dość głęboka ładownia, zapewne z przegrodami co wnioskuję po zewnętrznym wyglądzie statku. Jesteśmy w sztucznie oddzielonej części, zbudowanej prawdopodobnie w dokładnie tym celu, dla którego nas tutaj wrzucili. Pod nami i za ścianą przeciwległą do ładowni powinny znajdować się mechanizmy sterowe… - urwał nagle i już zaczął mu się w głowie krystalizować mniej więcej obraz tego co musi zrobić, ale coś mu ciągle umykało. Spojrzał na swoją towarzyszkę i już wiedział co mu za każdym razem nie pasuje - mimowolnie szukał wyjścia dla ich dwójki a nie tylko dla siebie samego. Zmełł w ustach przekleństwo i spróbował jeszcze raz: achterpik, śródokręcie, przegrody, klapa w pokładzie… Ale to wszystko dawało mu zadziwiająco mało wyników, w związku z czym spojrzał tylko gniewnie na dziewczynę, jakby mu nie wiadomo co zrobiła, odwrócił się do niej tyłem, zamknął oczy i starał się robić to, co umiał najlepiej: myśleć.
_________________
"Wymagam od miasta, w którym mam mieszkać, asfaltu, kanalizacji, klucza od bramy, ciepłej wody. Dowcipny i kulturalny jestem sam."
 
 
     
MG


Dołączył: 26 Maj 2013
Posty: 335
Wysłany: 2015-11-05, 21:03   

Lekko bujało, typowe dla okrętu. Nad nimi słychać było ciężkie odgłosy stąpającej załogi. Najwyraźniej byli to sami mężczyźni. Coś zaskrzypiało, coś plusnęło, coś zaszeleściło. Miejsce, w którym się znajdowali nie było zbyt obszerne, zresztą... cały ten statek nie należało do jednostek zbyt rozbudowanych. Prawdopodobnie była to typowa osada handlowa, która miała na celu wymianę drobnych artykułów, a przynajmniej na taką się stylizowała. Było więc ciasno, wilgotno i ciemno. Niewiele było widać w tych ciemnościach. Z pewnością zaś można było usłyszeć coraz szybsze kroki. Coraz szybsze i coraz bardziej podniosłe głosy. Tym u góry najwyraźniej coraz bardziej się śpieszyło, jednak nie można było rozróżnić słów. Obcy język zwijał się w plątaninę niewyraźnych poleceń i zawołań. Aż w końcu zakołysało. Mocniej. Musiało im się naprawdę śpieszyć.
 
     
Annie Marie Leander


Rodzina: SYNALEK JEJ UKOCHANY.
Wiek: 22 już!!!!
Znaki szczególne: Ona cała jest specyficzna, nie można zaprzeczyć.
Ekwipunek: Papierosy, notatnik.
Kontrakt z: Naah.
Dołączył: 27 Maj 2014
Posty: 42
Wysłany: 2015-11-29, 20:02   

Nic nie wskazywało na to, że znajdzie się w takim miejscu - zatęchłej dziurze bez wyjścia. To nie tak, że mogła to jakoś przewidzieć, z gwiazd przecież czytać nie umie, ale porwać ją? Jeszcze z dzieckiem? Ich porywacze musieli być niezwykle zdesperowani, albo chodziło im o właśnie takie indywidua jak oni. Na rynku zbytu pewnie nie mieliby niezwykle wysokiej wartości, więc istniało spore prawdopodobieństwo, że zgarnięto ich zupełnie przypadkiem i z ich winy, bo byli nieostrożni. Ewentualnie była to kara boska za ich wybryki, i Ani i chłopca, którego imienia nadal zresztą nie była godna poznać. Oczywiście, wersja z karą boską najbardziej dziewczynie pasowała, bo jako naiwne stworzenie potrzebowała wytłumaczeń takich nietypowych zdarzeń. Najczęściej właśnie doszukiwała się ich w istotach nadludzkich, które to świat zobligował do karania śmiertelników, żeby ludzie się nadmiernie nie rozbestwili. Prosta z niej osoba, toteż nigdy nie zagłębiała się w tłumaczenie zjawisk paranormalnych i nienaturalnych, ale właśnie takie jak ta, w której się znajduje, lubiła zrzucać na bogów. Nie znosi odpowiedzialności i lepiej się czuje, gdy to ktoś inny odpowiedzialny był za nią, niż odwrotnie. Tym razem jednak słabo trafiła, bo jedyną osobą, która mogłaby się nię zająć był mały chłopiec, a przecież powinno być w drugą stronę.


Od czasu do czasu zerkała na chłopca. Niepewnie, z naiwnym błyskiem w oku, że coś jej może powie, ale nie. Mamrotał pod nosem informacje, których nijak nie miała jak wykorzystać, bo zwyczajnie nie wiedziała o czym mówi. Nigdy nie szkoliła się w budowaniu statków, nawet dla siebie samej. Ona znała się na tworzeniu domowego wina i spożywania swoich wytworów, nie na wymyślaniu niezwykle skomplikowanych planów ucieczki. To nie jej działka, a sama też nigdy nie pomyślała, że będzie jej to kiedyś potrzebne. Wolała czytać o różnorakich odmianach kwiatów i ich właściwościach niż wertować strony "Jak uciec ze statku, porady od A do Z". Przełknęła ślinę i podniosła się, plecami uderzając w ścianę mocniej niż zamierzała. Wyprostowała się, uniosła głowę i spojrzała na chłopca:
- I co zamierzasz z tymi informacjami zrobić? - spytała cicho. W jej głosie nie było krzty kpiny, bo to nie czas i miejsce na takie rzeczy. Przeciwnie wręcz, na jej twarzy łatwo było wyczytać zwykłą, ludzką ciekawość i chęć pomocy, wymieszane ze strachem i narastającą paniką. Nie chciała siedzieć bezczynnie i wyjść na kogoś, kto czeka aż go uratują, ale jednocześnie nie zależało jej na udawaniu kogoś, kto się zna na wszystkim. Oczywiście, istniało ryzyko, że chłopiec wcale nie zwraca na nią uwagi, że nie myśli o uciecze dla dwojga, że zwieje sam i pozostawi ją na pastwę losu, ale jednocześnie coś z tyłu głowy mówiło jej, że wcale tak nie jest.

Z chwilowego zamyślenia wyrwało ją nagłe zakołysanie. Udało się jej utrzymać równowagę, ledwo zresztą, a odgłosy kroków nad ich głowami nasilały się z każdą sekundą i nie można było się pozbyć wrażenia, że zbliżają się do nich coraz bardziej.
_________________
 
     
Terence Ephraim Alberione


Rodzina: Czwórka przyrodniego rodzeństwa, za którym nie przepada oraz szajka złodzei, której się trzyma z wygody. No i oczywiście Anka.
Wiek: 11 lat.
Znaki szczególne: Heterochromia. Prawe oko ciemnozielone, lewe jasnoniebieskie.
Ekwipunek: Niewielka torba z różnościami, bo nigdy nie wiadomo co się kiedy może przydać oraz mały nóż przytroczony do pasa.
Kontrakt z: Svertigu, czy byłbyś tak uprzejmy i przestał zachowywać sie jak totalny błazen? Charlotte, nalejże tej whiskey, w takich warunkach nie da się pracować na trzeźwo.
Poziom życia: 100%
Dołączył: 07 Mar 2015
Posty: 38
Skąd: Znikąd
Wysłany: 2015-12-08, 11:39   
   Multikonta: Behemot


Terence nie wierzył w żadne siły nadprzyrodzone, co więcej, uznawał, że nawet jeśli takowe istnieją nie miałyby najmniejszych powodów się na nim mścić. Nie robił nic złego, wręcz przeciwnie, był niczym Robin Hood - rabował przebrzydłych, rozpaćkanych w swoim bogactwie kapitalistów i wspomagał uboższe dzielnice. Oczywiście, jest to drobne niedopowiedzenie, bo wspomagał głównie lekko zapadający się budynek nazywany przez większość mieszkańców East Endu "Cmentarzyskiem", w którym to Terence pomieszkiwał wraz z resztą złodziejskiej szajki. Mało kto nazwałby ich "biednymi" lub "ubogimi" odnosząc się do czegokolwiek poza moralnością, ale Terence'owi wystarczało, że nie byli bogaci. Mieli co chcieli i kiedy chcieli, ale bogaci w dobra materialne na stałe nie byli, mieszkali w ubogiej dzielnicy, więc dlaczegóż by nie miał kraść dla siebie? Mniejsza o to, teraz miał ważniejsze sprawy na głowie niż rozterki moralne.
Co ciekawe, pogodził sie dość szybko z faktem, że jakas dziwna siła ciągnie jego mysli w kierunku tej młodej kobiety i że nie zdoła wymyślić planu ucieczki dla samego siebie, bo jego umysł zwyczajnie nie chce wspólpracować w tym temacie. Jak raz by sie przydało.
Spojrzał na przestraszoną dziewczynę, ale sam tez słyszal kroki, nie podobało mu się kołysanie statku i doprawdy kończyły mu sie zasoby zimnej krwi w tej sytuacji bez wyjścia. Nie umiał pływać a wszystko wskazywalo na to, że będzie sie musial rzucic na glęboką wodę i to doslownie, jeśli chce uciec. Jego jakiekolwiek plany zostały przerwane w momencie gdy z zupełnie niewiadomych mu przyczyn pojawili sie ludzie, którzy ich tu zamknęli. Ich uśmieszki nie wskazywały na nic dobrego.
Choć wydawało mu się, że trwało to godzinami a w rzeczywistości zapewne tylko parę chwil, poturbowany oparł się o deski i próbował znów zebrać myśli, jednak przychodziło mu to z truem. W trakcie żeglugi zdarzyło się parę rzeczy, których barwne opisy pozwole sobie ominąć, dość że młody Alberione przywiązał się do swej towarzyszki niedoli dość mocno, jakby cały ból zadawany to tu to tam przez ich oprawców przelewał na przywiązanie do niej.
I tak, gdy w końcu dobili do nieznanego mu brzegu, wycieńczony, poturbowany i zatroskany o kobietę w chyba jeszcze gorszym stanie był w stanie zrobić wszystko, by cała ta przygoda dobiegła końca. I gdy patrzył na wycieńczoną, zemdloną Anię, którą najwidoczniej mieli ochotę poturbować jeszcze raz, tak dla samej przyjemności, miarka się przebrała. Mały chłopiec gotów był zaprzedać duszę, byleby uciec z tego piekła, o ile oczywiście znalazłby sie na nią kupiec. A z tego co Terence wiedział, jego słodko-gorzki smak mógł się okazać interesujący.
_________________
"Wymagam od miasta, w którym mam mieszkać, asfaltu, kanalizacji, klucza od bramy, ciepłej wody. Dowcipny i kulturalny jestem sam."
 
 
     
Mengele


Rodzina: wszyscy martwi od wielu stuleci; aktualnie to natura
Wiek: 27 lat wizualnych; parę tysięcy rzeczywistych
Znaki szczególne: rozdwojenie jaźni; błyszczące, szare oczy; okrągłe okulary spoczywające czasami na nosie; blizna na plecach w kształcie odwróconego "V"; średni wzrost (180 cm); zapach jałowca
Ekwipunek: probówki; nieznanego pochodzenia mikstury; sakiewka z pieniędzmi; plastikowa torebka z czystą wodą; niekiedy rewolwer; cukierki
Kosa śmierci: chciałby
Poziom życia: 100%
Dołączył: 12 Lis 2016
Posty: 87
Wysłany: 2017-09-23, 19:43   

Lubił spędzać na wodzie wiele czasu. Zdarzało się, że dryfował bez konkretnego celu, wpatrując się w błękitne niebo, a innym razem kusił się na próby złowienia kolacji, choć w rybołówstwie nigdy nie czuł się specjalnie dobry. Dowodził załogą składającą się z rosłych mężczyzn, wydawał rozkazy ważące na czyimś życiu, szkolił rekrutów, obierał kursy, sprzeciwiał się siłom natury… brakowało mu tamtego życia, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że zbytnie pogrążanie się we wspomnieniach nie pomoże mu podjąć się kolejnego kroku naprzód, wręcz przeciwnie, zatrzyma się w miejscu i utknie między czymś, co jest jego obecnym celem, a czymś, co kiedyś najbardziej pragnął.
Kiedy dobił do portu, zacumował łódkę i wyskoczył na drewniane deski, które wydawały z siebie charakterystyczne skrzypnięcia pod jego ciężkimi krokami. Spędził na morzu ostatnie kilka godzin, pora najwyższa wrócić na ląd i zająć się przyziemnymi sprawami. Poprawił na sobie poły płaszcza, zaciągnął mocniej gumkę na spiętych w kucyk, czarnych włosach przeczesywanych czule przez morski wiatr dobiegający z horyzontu i skierował się nieśpiesznie przez pomost, przy czym rzucił falującej tafli ostatnie spojrzenie. To niemal zabawne, że dla nich obu woda stanowiła najważniejszą część życia. Różnili się przecież pod tyloma względami, najwyraźniej los postanowił zadrwić z tych różnic i spleść ich drogi na następne kilka wieków.
_________________


Licznik postów fabularnych: 47
 
     
Luna Grigori

Wydz. Żniwiarzy

Rodzina: nieznana
Wiek: około 20 lat
Znaki szczególne: oprócz oczu Shinigami, pobladłej cery oraz długich włosów prawie zawsze spiętych? Nic takiego~
Ekwipunek: Kosę Śmierci, mały notes, coś na przekąskę, pióro i książkę historyczną
Kosa śmierci: Granatowe nożyce ogrodowe
Poziom życia: 100%
Dołączył: 14 Paź 2015
Posty: 45
Wysłany: 2017-09-24, 19:22   

Praca jak to praca, nie można pozwolić sobie na odrobinę nieuwagi podczas jej wykonywania. A bycie bogiem śmierci wymagało wiele wyrzeczeń. Obowiązki zasypywały żniwiarzy. Luna wręcz tonęła w raportach i wszelkiej niezbędnej dokumentacji. Dokładnie jak w morzu. Pomijając fakt, że oni nie potrzebowali oddychać, Grigori wciąż starała się unikać wody. Zrozumiałym byłby strach przed ogniem. Przeszłość ma swoje demony, których nie w sposób wyeliminować.
Kolejny monotonny dzień. Żniwiarka obserwowała ludzi z dachu jednego z niskich budynków. Cicho zeskoczyła i zmieszała się z pracowitymi ludźmi. Tyle śmierci, tyle pracy. Łatwiej by było, gdyby przydzielono jej partnera. Nie narażałaby aż tak reputacji Instytutu.
Anioł odwrócił się by spojrzeć na morskie fale, a Luna...cóż. Kobieta potknęła się, zapatrzona w jeden punkt. Skutkiem tego wpadła na mężczyznę, który jeszcze kilka sekund wcześniej rozmyślał spokojnie, idąc przez pomost. Odbijając się od jego piersi, upadła i zaczęła gorączkowo szukać okularów, macając podłoże.
- Przepraszam! Cholera...nic nie widzę...
_________________
 
     
Mengele


Rodzina: wszyscy martwi od wielu stuleci; aktualnie to natura
Wiek: 27 lat wizualnych; parę tysięcy rzeczywistych
Znaki szczególne: rozdwojenie jaźni; błyszczące, szare oczy; okrągłe okulary spoczywające czasami na nosie; blizna na plecach w kształcie odwróconego "V"; średni wzrost (180 cm); zapach jałowca
Ekwipunek: probówki; nieznanego pochodzenia mikstury; sakiewka z pieniędzmi; plastikowa torebka z czystą wodą; niekiedy rewolwer; cukierki
Kosa śmierci: chciałby
Poziom życia: 100%
Dołączył: 12 Lis 2016
Posty: 87
Wysłany: 2017-09-27, 13:59   

Nigdy nie tracił czujności. Słyszał obce kroki dobiegające gdzieś z boku, ale nie brzmiały ani za cicho, ani zbyt pewnie na atak, dlatego przeniósł wzrok z wody na kobietę dopiero, gdy ta na niego wpadła. Zachwiał się, ale nie stracił równowagi. Przez jego twarz przemknął cień dezaprobaty, tak samo jak w chłodnym spojrzeniu, które ulokował w leżącej u stóp personie.
- Śpieszy Ci się dokądś? - Zapytał flegmatycznie, jeszcze przez moment się jej przyglądając. Darował sobie grzecznościową formułkę, bo nie wyglądała na damę z wyższych stref. Właściwie w ogóle nie przypominała damy, była chyba dość młoda.
Zerknął na leżące kawałek dalej okulary, po czym podszedł tam nieśpiesznie i kucnął, by chwycić za oprawki. Uniósł je na wysokość swoich oczu.
- Obawiam się, że zarysowane. - Stwierdził, dostrzegając drobne ślady na szkłach. Xavier często tłukł swoje okulary, na rozmaite sposoby. Czasami po prostu zapominał, że ma je na nosie, dołóżmy do tego wrodzoną nadpobudliwość i mamy multum sytuacji do problemów. Co prawda mógł nadal funkcjonować bez nich, ale upierał się, że to element jego wizerunku i widzi świat z rozmazanymi konturami. Desmond nigdy w to nie wnikał, bo i po co.
- Radzę nie chodzić z głową w chmurach. Mogłaś wpaść do wody. - Dodał bez specjalnego przejęcia, wyciągając ku niej zgubę.
_________________


Licznik postów fabularnych: 47
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Ningyo

On-anime.pl



Projekt K7 M&A | http://k7.ubf.pl


Styl i grafika zedytowane przez Ciela Phantomhive. Uprasza się o nie kopiowanie.
Kuroshitsuji. Yana Toboso.
Strona wygenerowana w 0,37 sekundy. Zapytań do SQL: 12