Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Witajcie w Anglii pod koniec XIX wieku, we wspaniałej choć zarazem mrocznej i zagadkowej epoce wiktoriańskiej. Mnożą się tajemnicze przestępstwa nad którymi Scotland Yard załamuje bezradnie ręce. Londyn staje się polem kryminalnych rozgrywek i zbrodni mrożących krew w żyłach. Zaniepokojona Królowa Wiktoria uruchamia wszystkie swoje siły do tego by zwalczyć rosnącą przestępczość. Ten mroczny świat zamieszkują wspólnie z ludźmi: demony, które wykorzystując słabość człowieka zawierają kontrakty w zamian za dusze śmiertelników; anioły pragnące oczyścić plugawą ludzkość z grzechów; shinigami zaprowadzające porządek pośród problematycznych dusz, a także piekielnie zwierzęta o nieprzewidywalnej naturze. To wszystko dzieje się już poza wiedzą i poza wzrokiem zwykłych ludzi, jednak ma na ich życie ogromny wpływ. Przetrwanie w tym świecie jest prawdziwym wyzwaniem, które może okazać się przygodą na śmierć i życie.
► Login = imię i nazwisko postaci bądź tylko imię (jeśli nie ma nazwiska).
► Event Szkolne Zbrodnie zakończony!

POSZUKIWANIA
► Basil poszukuje skrzypkowego konkurenta, nachalnego klienta i innych powiązań.
► Albert poszukuje przyrodniej siostry.
► Rikuo poszukuje ochotnika do sesji.
► Michaela poszukuje pacjenta, osób z przeszłości i innych powiązań.
► Eliot poszukuje znajomości, wroga.
► Anne poszukuje arystokraty, demona, anioła, demonicznego zwierzęcia i ojca..

Lipiec 1889r.
Letnia aura zawitała nad Londyn przynosząc upragnione ciepło, chociaż nie wykluczone gwałtowne burze. Temperatura będzie wynosić ok. 27'C w dzień, w nocy zaś 18'C.

Poprzedni temat «» Następny temat
Kontrakt Terensia i spółki
Autor Wiadomość
Charlotte Stiefvater


Rodzina: Rodzinka z piekła rodem.
Wiek: Na ile wygląda?
Znaki szczególne: Białe włosy i czerwone oczęta.
Ekwipunek: CECIL
Kontrakt z: Nie, nie ma przerwy od ćwiczeń gry w szachy, dzieciaku. Svertig, nie rozpraszaj go i łapy precz od mojego obiadu.
Kosa śmierci: A mogę taką?
Poziom życia: Prawdopodobnie 100%. A może nawet więcej.
Dołączył: 28 Wrz 2014
Posty: 34
Skąd: Piekło.
Wysłany: 2015-12-12, 22:21   Kontrakt Terensia i spółki
   Multikonta: Asune, Florence, Rozalia


Pośród ciemności, jedynym widocznym elementem scenerii jest wielka, marmurowa szachownica, stanowiąca jedyną powierzchnię, po której można się swobodnie poruszać. Przestrzeń wydająca się nie mieć końca, odbija każde wypowiedziane słowo z bardzo efektownym echem.

Generalnie ciemno jak w dupie Basila.
_________________
VOICE // THOUGHTS // MIND

~
 
 
     
Charlotte Stiefvater


Rodzina: Rodzinka z piekła rodem.
Wiek: Na ile wygląda?
Znaki szczególne: Białe włosy i czerwone oczęta.
Ekwipunek: CECIL
Kontrakt z: Nie, nie ma przerwy od ćwiczeń gry w szachy, dzieciaku. Svertig, nie rozpraszaj go i łapy precz od mojego obiadu.
Kosa śmierci: A mogę taką?
Poziom życia: Prawdopodobnie 100%. A może nawet więcej.
Dołączył: 28 Wrz 2014
Posty: 34
Skąd: Piekło.
Wysłany: 2015-12-13, 21:54   
   Multikonta: Asune, Florence, Rozalia


Usłyszała ciche wołanie. Wołanie, które z każdą sekundą przybierało na sile, z czasem przybierając postać donośnego krzyku, jednak niemożliwego do usłyszenia przez nieodpowiednią postać. Ona bardzo wyraźnie słyszała silną prośbę o pomoc. Uśmiechnęła się pod nosem - czyż nie przewidziała, że tak będzie? Czy nie mówiła, że będzie mu potrzebna? Intuicja, czy może zwykła zdolność przewidywania? Wiedziała, że prędzej czy później zdobędzie to, czego pragnie, a pragnęła słodko-gorzkiej duszy blondwłosego chłopca. Zawsze dostawała to, czego chce, a tym razem nie zapowiadało się, by nastąpił wyjątek. By osiągnąć cel nigdy nie skąpiła nawet tych najbrutalniejszych środków, jednak tym razem poszło gładko. Małe dzieci często bywają nieostrożne i naiwne, więc wykorzystują to duzi dorośli, najgorsze szumowiny, łajdaki, czarne owce społeczeństwa. Nie żeby przeszkadzało to Charlotte - czerpała z tego nieopisywane korzyści. Chłopiec otrzyma pomoc, jakiej potrzebuje, a ona otrzyma sowitą zapłatę, sprawiedliwy układ.
Przeszła na pole przeznaczone dla hetmana. Wysokie buty stukały o posadzkę, dominując ciszę panującą wokół. Czarne, potężne skrzydła ciągnęły się za nią po podłodze, ukazując choć w części potęgę i dumę właścicielki - w postaci demona Charlotte stawała się wyższa i bledsza, a groteskowy uśmiech błądzący po jej twarzy, mógłby być przyczyną szybszego bicia serca lub nocnych koszmarów. Brudne, ludzkie ciało niczym nie mogło się równać z prawdziwym wcieleniem, aż nadto idealnym i perfekcyjnym, które z powodzeniem mogłoby się zostać uznane za obiekt kultu lub bóstwo - sam jej widok skłaniał do klękania i zginania się w pół przed Czarną Królową.
- Bu - wbiła wzrok w niskiego dziesięciolatka, chłopca z oczami o różnych kolorach. Wyglądał przy niej jak zagubione jagnię, mały baranek, który zaraz zostanie ofiarą wilka.
- Cześć, dzieciaku - powiedziała rozbawionym głosem, a zaraz po niej odezwało się ciche echo. Cała ta szopka doskonale podkreślała dramaturgię sytuacji, która wyglądała na rodem z teatralnej sceny. Przyjrzała się chłopcu, przechylając głowę i zbliżyła się do niego dumnym krokiem.
- Czyżbyś się bał, dzieciaku? Czyżbyś potrzebował pomocy? - powiedziała szeptem, unosząc delikatnie jego podbródek tak, by mogła spojrzeć mu w oczy.
- Mogę Ci ją zapewnić - uśmiechnęła się, pokazując zaostrzone, białe zęby. Nienawidziła mieć na szyi obroży, którą dobrowolnie nakładała w momencie kontraktu. Nienawidziła każdego rozkazu i wszystkiego, co robiła pod przymusem. Łowca nie powinien być do dyspozycji swojej ofiary, jednak zdarzały się wyjątkowe jagnięta, z którymi warto było się dłużej przemęczyć. Czas oczekiwania wzmagał apetyt i potęgował smak wygranej.
_________________
VOICE // THOUGHTS // MIND

~
 
 
     
Terence Ephraim Alberione


Rodzina: Czwórka przyrodniego rodzeństwa, za którym nie przepada oraz szajka złodzei, której się trzyma z wygody. No i oczywiście Anka.
Wiek: 11 lat.
Znaki szczególne: Heterochromia. Prawe oko ciemnozielone, lewe jasnoniebieskie.
Ekwipunek: Niewielka torba z różnościami, bo nigdy nie wiadomo co się kiedy może przydać oraz mały nóż przytroczony do pasa.
Kontrakt z: Svertigu, czy byłbyś tak uprzejmy i przestał zachowywać sie jak totalny błazen? Charlotte, nalejże tej whiskey, w takich warunkach nie da się pracować na trzeźwo.
Poziom życia: 100%
Dołączył: 07 Mar 2015
Posty: 38
Skąd: Znikąd
Wysłany: 2015-12-19, 13:58   
   Multikonta: Behemot


W ustach miał krew, ale jedyne co czuł to gorycz przegranej. Po raz pierwszy w życiu miał szansę przekonać się jak bardzo jest słaby. Nienawidził tego w sobie, zawsze tłumił wszelkie chęci i potrzeby, które mogłyby go od czegoś uzależnić. Już znalazł się kiedyś w sytuacji, w której mógł postradać życie, ale to była gra, która go pociągała. Teraz rozgrywka zaczęła nieubłaganie zbliżać się do końca, a on nie miał w ręku wystarczającej liczby kart. A te, które miał, stały sie bezużyteczne za sprawą jego towarzyszki. Kobiety, która przez cały długi czas udręki na pokładzie statku starała się być jak najmniejszym ciężarem dla niego, chciała być wsparciem. Sam nie wiedział, kiedy już go tuliła, zgarniała niesforne kosmyki z czoła i patrzyła z uśmiechem, pomimo strachu, bólu i cierpienia, które odczuwali. Mimowolnie pozwolił jej stać się swoją słabością, choć było to ostatnie czego potrzebował. Ukryte pragnienie duszy pokazało mu jak w rzeczywistości słaby jest ten chłopiec wobec chichotu losu, który postawił na jego drodze Annie - dziewczynę będącą dla niego niczym matka, która przestała dbać o siebie a całą uwagę poświęcała blondwłosemu chłopcu. Zwykła, ludzka słabość i przywiązanie wzięły nad nim górę.
Sięgnął więc po jedyną dostępną kartę - asa w rękawie. Pech chciał, że był to as pik, czyli po prostu „Death Card”.
Myślał tylko o jednym, o swoim beznadziejnym pragnieniu wygranej i o sile, która mogłaby mu pomóc. Pamięć podsuwała mu obraz, który tak bardzo starał się zapomnieć - bezlitosny uśmiech Czarnej Królowej. Wołał więc w duszy, by los nie kazał mu oglądać tego uśmiechu ponownie.
Życie jednak ma to do siebie, że zapomina o ważnej zasadzie, iż leżącego się nie kopie.
"Bu" usłyszał i otworzył oczy. Znajdował się na ogromnej szachownicy, klęczał na polu białego gońca. Jakby nie doświadczył już wystarczającego uczucia przegranej, jakby nawet w momencie wybawienia miał pamiętać, kto w rozgrywce ma większą wartość, jak gdyby uświadomienie, że jego poniżenie dopiero puka do drzwi i że prawdziwe rozmiary porażki będą większe niż ludzki umysł chłopca może to sobie wyobrazić. I to rozbawione powitanie... Czuł strach, o tak. Zaglądał śmierci prosto w oczy, czuł jej oddech na policzku, wiedział, że ona nie tylko może i chce, ale że na pewno go skrzywdzi. Serce przyspieszyło nieco, umysł mimowolnie szukał ucieczki, jednak Terence zmusił się do patrzenia demonowi prosto w twarz. Jak przy porwaniu, odczuwał strach, ale większą siłę stanowił bezsilny gniew, coś czemu chłopiec nie mógł zaradzić. Ale nawet gniew nie był tak silny jak świadomość tego co właśnie zamierza zrobić, jak straszną rzecz zamierza uczynić. Z każdym krokiem Czarnej Królowej coraz bardziej wbijał wzrok w podłogę, czując się przygnieciony czarną otchłanią, która go otaczała. Poczuł chłodną dłoń na swoim podbródku i został zmuszony do spojrzenia w górę. Patrzył i czuł jak bezwładnosc ogarnia go coraz silniej, jak cień coraz mocniej zaciska wokół niego swoje szpony. Jednak Czarna Królowa popełniła jeden błąd i Biały Goniec zamierzał to wykorzystać.
Chłopiec zaśmiał się cicho i ochryple, patrząc demonicy w oczy. Były bardziej beznamiętne niż jego własne, także przecież wyprane z ludzkich uczuć. A jednak posiadały pewną cechę wspólną. Obie pary oczu czegoś pragnęły. Pragnęły tak mocno, że były w stanie poświęcić swoją wolność, najdroższą każdemu, kto choć raz poczuł smak niewoli.
- Potrzebuję raczej wymiany. Mam coś czego pragniesz i myślę, że możesz dać mi coś w zamian - uśmiechał się, choć w tym uśmiechu nie było cienia radości. Nie czuł się wygrany, nie stawiał się na wyższej pozycji niż był w rzeczywistości. Prawdą jednak było, że jego poniżenie jeszcze nie sięgnęło takiego stopnia jak Charlotte mogło się zdawać. Owszem, był bezsilny i potrzebował kogoś kto wykona brudną robotę. Czyz jednak jako złodziej nie planował tego codziennie? Czyż nie wynajmował ludzi do wykonania zadania, ponieważ mieli atuty, których on sam nie posiadał? Na tym polegało jego codzienne życie, teraz po prostu cena była wyższa. Przez jego oczy przezierało sie nawet pewne uznanie dla ruchu Czarnej Królowej, przestraszenie przeciwnika, który wykona nierozsądny ruch. Oto czym czuł się Terence w tej chwili, był przeciwnikiem, nie ofiarą. Mógł myśleć i zrobić coś, czego nie warto, ale co mu się przynajmniej opłaci.
Usiadł nieco wygodniej, widocznie zmęczony wszystkim co przeszedł, ale nie uważał za stosowne tego ukrywać. Ona i tak o wszystkim wiedziała. Jego zadaniem było teraz dowiedzieć się ile ze swoich wiadomości ukrywa na jego niekorzyść.
- Ile mamy czasu? - zapytał cicho, bo to było teraz dla niego najważniejsze. Jeśli pozostało im niewiele czasu, był gotów się poddać, o czym demon zapewne wiedział, patrzył jednak na nią tak, jakby był pewny, że może tu siedzieć miesiącami, jeśli będzie tego wymagała sytuacja, a przedmiot kontraktu będzie wciąż aktualny.
- Nie mogę wiedzieć na pewno czy mówisz prawdę, będę Ci musiał zaufać. Będzie to pierwszy i ostatni raz, więc wykorzystaj szansę - oto jak dziesięcioletni chłopiec pozbawiony sił siedzi na zimnej podłodze, patrzy śmierci w oczy i śmie świdrować ją wzrokiem, przez który strach przebija się w tak niewielkim stopniu jakby nie istniał. Nie był potrzebny, więc Terence go wyrzucił i pokazał tym samym co robi z chałturą w jego otoczeniu. Czy więc ten dzieciak naprawdę szantażował demona, ukazując ile dostanie, jeśli okaże się nieużyteczny? Tak, Terence naprawdę dbał o swój interes, nawet jeśli negocjował cudzy.
_________________
"Wymagam od miasta, w którym mam mieszkać, asfaltu, kanalizacji, klucza od bramy, ciepłej wody. Dowcipny i kulturalny jestem sam."
 
 
     
Svertig Ragnarsson


Wiek: Ze dwanaście wieków będzie.
Kontrakt z: Terenś, chodź do mnie, dzieciaku. Lotka, puszczaj moje jedzenie.
Poziom życia: 100%
Dołączył: 16 Wrz 2015
Posty: 9
Wysłany: 2015-12-19, 17:31   

On też usłyszał wołanie. A raczej rozdzierający krzyk, któremu towarzyszył zapach tak słodki, że aż kłuł go w nozdrza, jakby wdychał pieprz lub opiłki żelaza. Dla innych mogłoby to się robić nieznośne, lecz dla Svertiga był to niemalże afrodyzjak. Wrzask stawał się słodką pieśnią, a zapach nęcił go niczym najlepszy alkohol, bo wiedział, co się za tym kryło. Dusza tak wspaniała, że od wielu wieków nie miał okazji spożyć lepszej. Czuł to. Dla niej rzucił popijawę z innym demonem i możliwość epickiej bitki w najbardziej obskurnym barze. Musiało być warto.
Czarny kruk wleciał bezszelestnie ponad pole bitwy, jakim miała stać się szachownica. Miejsce, gdzie ostatecznie zostanie wypełniona umowa między nim a właścicielem tej wspaniałej duszy. Szybko jednak dostrzegł pewną nieprawidłowość... A właściwie to dwie.
Nie był tu jedyny, a na szachownicy klęczało dziecko.
Zaskrzeczał gniewnie. Co tu się dzieje, do kurwy nędzy. On doskonale wiedział, że jego ofiara będzie młoda, jednak nie tak, jakby dopiero co wyszła spod piersi matki. Nie wierzył, żeby dzieciak mógł posiadać duszę tak wartościową, na jaką pachniała. A nawet jeśli, to już ktoś go wyprzedził. Kobieta. Kobieta, z którą miał zamiar zawalczyć o duszę, która mogła się wydawać chociaż trochę wartościowa, albowiem nie zwykł dzielić się posiłkami.
Wylądował na szachownicy i niemalże natychmiast zmaterializował się do swojej demonicznej postaci dokładnie w miejscu, gdzie spotykały się pola przeznaczone dla czarnego króla i czarnego gońca. Jedyne, co zdawało się pozostać z jego poprzedniej formy były skrzydła: pierzaste i czarne jak smoła w kotle u samego Lucyfera. Zaczął iść powoli w stronę dwójki zebranych, mierząc ich chłodnym spojrzeniem bladoniebieskich oczu, co w połączeniu z typowym dla niego pogardliwym uśmieszkiem było co najmniej peszące.
- Chcesz zaufać... kobiecie? - zwrócił się do dziecka, dalej pozostając parę metrów od ich dwójki i zaśmiał się krótko. - Kobiety są słabe. Kłamią. Zdradzają. Kobieta może być twoją kochanką, zabawką, matką, lecz nigdy nie będzie w stanie zrobić tego, co potrafi zrobić mężczyzna. Nie będzie twoim sprzymierzeńcem ani nie pomoże ci osiągnąć niczego - w tym momencie podszedł do chłopca i przyklęknął przy nim na jedno kolano. - W przeciwieństwie do mnie. Ja spełnię każdą twoją zachciankę i sprawię, że staniesz się najznamienitszym człowiekiem w całej Europie - mruknął niezbyt głośno i obnażył zęby w szyderczym uśmiechu. Nienawidził się korzyć przed nikim, zwłaszcza przed człowiekiem, zwykłym pyłem, który mógł zmieść w ciągu jednej sekundy. Dlatego zamiast dalej się tak płaszczyć, podniósł się z ziemi i spojrzał na chłopca z góry. Jeśli wygra, będzie musiał upaść przed nim na kolana i mu służyć, lecz póki co chciał zachować resztki godności, dopóki jeszcze mógł.
- Komu zaufasz? Temu, który ze zwykłych wieśniaków robił bohaterów i który przyczynił się do wielu zwycięstw - rzekł, dłonią pokazując na swoją bardzo skromną osobę. - Czy kobiecie, która jedyne co potrafi, to robić wrażenie i okręcać sobie ludzi wokół palca? - parsknął, patrząc na demonicę spojrzeniem jasno mówiącym "i co mi teraz zrobisz? Wygrałem". Mimo wszystko starał się nie lekceważyć swojej przeciwniczki. Była kobietą, lecz też demonem. Z autopsji wiedział, iż olewanie takiego potężnego przeciwnika mogło się skończyć nieciekawie, a nie chciał, aby okazja na pożarcie takiej wspaniałej duszy przeszła mu koło nosa, więc starał się zachować zimną krew.
_________________
 
     
Charlotte Stiefvater


Rodzina: Rodzinka z piekła rodem.
Wiek: Na ile wygląda?
Znaki szczególne: Białe włosy i czerwone oczęta.
Ekwipunek: CECIL
Kontrakt z: Nie, nie ma przerwy od ćwiczeń gry w szachy, dzieciaku. Svertig, nie rozpraszaj go i łapy precz od mojego obiadu.
Kosa śmierci: A mogę taką?
Poziom życia: Prawdopodobnie 100%. A może nawet więcej.
Dołączył: 28 Wrz 2014
Posty: 34
Skąd: Piekło.
Wysłany: 2015-12-19, 22:31   
   Multikonta: Asune, Florence, Rozalia


Czarna Królowa głodnych karmi przerażeniem, spragnionych poi poniżeniem, zmęczonych koi do snu wiecznego, a ból zranionych umarza cierpieniem. Dobra władczyni zawsze troszczy się o poddanych.
Jeśli ktoś jej nie kocha, to sprawia, że zaczyna się jej bać - strach jest silniejszy od miłości. Spętany lękiem nie uwolni się od swoich kajdan, więzy sympatii są kruche i nietrwałe. Uczucia i przywiązanie słabe punkty, które odpowiednie osoby mogły wykorzystać na własną korzyść. Mimo że chłopiec na pierwszy rzut oka zdawał się nie mieć w sobie nic z dziecięcej niewinności, przez jedną kobietę zdecydował się na oddanie tego, co dla człowieka powinno być najważniejsze. Kobieta, przez którą wybrał taki los nie zdawała sobie sprawy, ze każdy matczyny gest i słowo, był kolejnym gwoździem do trumny blondwłosego chłopaka. Odrobina ciepła zdołała stopić grubą skorupę obojętności, którą naiwnie się okrył, obnażyła jego najsłabsze punkty i pragnienia - sznurki w rękach dobrego marionetkarza. To odróżniało ludzi od demonów - starali się sprawiać wrażenie zimnych i bezlitosnych, by osiągnąć swoje cele, zaś posłańcy piekła ukrywali swoją prawdziwą naturę, by grać na emocjach słabych i zranionych.
Myślała tylko o słodko-kwaśnym zapachu duszy dziecka. Nuta goryczy drażniła ją, nadając całej kompozycji zachęcającego charakteru. Patrzyła na chłopca, niczym na ofiarę - widziała jego strach i spłoszenie. Gdy spoglądała w jego oczy, dostrzegła też coś więcej - gniew. Gniew, który chciała wykorzystać i obrócić przeciwko niemu. Puściła jego podbródek i wyprostowała się, spoglądając z wyższością na dziecko. Póki nie była związana kontraktem, zamierzała wykorzystywać szansę na podkreślanie gigantycznej przepaści miedzy nimi. Nie miała w zwyczaju płaszczyć się przed swoją ofiarę nawet, gdy zamierzała zachęcić ją do kontraktu. Wiedziała, że chłopiec znajduje się w sytuacji bez wyjścia.
Zamiast groteskowego uśmiechu na jej twarzy pojawił się zimny spokój, jednak w jej oczach uważny obserwator wychwyciłby rozbawienie i kpinę.
- Spełnię każde Twoje życzenie, wykonam każdy Twój rozkaz. Będę narzędziem w Twoich dłoniach do momentu, aż nie osiągniesz potęgi, której tak bardzo pragniesz - powiedziała zdecydowanym tonem, nie odwracając wzroku od jego oczu. Rzadko składała obietnice, jednak już się tego podejmowała, zawsze ich dotrzymywała. W końcu nigdy nie wychodziła z tego bez odpowiednich korzyści.
- Mam tylko jeden warunek. Gdy w pełni spełnię Twoją prośbę, chcę otrzymać to, co jest w Tobie najcenniejsze - podniosła dłoń i przejechała ostrym paznokciem po jego policzku, spoglądając na niego ze spokojem - Twoją duszyczkę - pozornie troskliwym gestem założyła mu za ucho niesforny kosmyk włosów, który opadał mu na oczy. Nie umknęło jej uwadze, że nie próbuje stwarzać wrażenia silnego, panującego nad sytuacją. Nie miał w tym żadnego celu, jedynie wzbudziłby tym co najwyżej śmiech i kpinę Charlotte. Silni i panujący nad sytuacją ludzie nie chwytają się tak gorączkowo składanych obietnic.
- Dla Ciebie - wystarczająco dużo. Jeśli chodzi o dziewczynę... Lepiej, żebyś podjął szybką decyzję - z premedytacją grała na jego emocjach, siała obawę w jego umyśle i zmuszała do wykonania ruchu. Przepadała za ciekawą rozgrywką, jednak nie znosiła, gdy jej przeciwnik zbyt długo zwlekał.
Na słowa chłopca zabrała dłoń z jego twarzy.
- Nie miałabym żadnych korzyści z oszukiwania Cię. Gdybym chciała, już dawno zabrałabym Twoją duszę. Nie musisz mieć do mnie zaufania. Wystarczy, że będziesz miał świadomość mojego posłuszeństwa. Tylko jedna rzecz może Ci je zagwarantować - czy wiesz co to jest, dzieciaku? - nie miałaby żadnego pożytku z kłamstwa - sama wygrana nie jest satysfakcjonująca, gdy przychodzi zbyt łatwo. Zbyt łatwe zwycięstwa nie są powodem do dumy.
Westchnęła ciężko, gdy wyczuła drugiego demona. Przeniosła na niego wzrok z pogardą w spojrzeniu. Witamy spóźnialskiego.
Na słowa, demona uniosła delikatnie podbródek, śmiejąc się z rozbawieniem.
- Ten, kto lekceważy przeciwnika, zwykle kończy jako jeniec. Twoja opinia sprawia, że jestem na wygranej pozycji. Ktoś, kto popełnia tak oczywisty błąd, wywyższa się nade mną? To urocze - powiedziała z kpiną i politowaniem w głosie.
Rozgrywka okazała się ciekawsza niż oczekiwała, a przedstawienie zamieniło się w kabaret. Pokręciła głową i zbliżyła się do Svertiga. Miała świadomość, że słowa demona miały jedynie skłonić chłopca do zawarcia kontraktu - wątpiła, by demon miał na tyle mało rozwinięty zmysł strategiczny, by lekceważyć nieznajomego, jednak nie zmieniało to faktu, że chciała wyciągnąć ze spektaklu jak najwięcej rozrywki. Jeśli tego chciał, będzie grała na jego zasadach - uwielbiała pokonywać przeciwników w ich własnej grze.
Przejechała wierzchem dłoni po policzku mężczyzny, spoglądając mu w oczy z kpiącym uśmiechem.
- Duzi chłopcy i ich zabawy. Czy to nie wy dajecie się okręcać wokół palca matkom, kochankom, zabawkom? - Powiedziała i po chwili zabrała rękę, spoglądając na dzieciaka. Zauważyła jeden mały szczegół, który chłopiec mógłby wykorzystać, gdyby okazał się wystarczająco sprytny. W sytuacji, gdy dwa demony pragnęły jego duszy, mimo wszystko to on miał przewagę.
- Z góry muszę uprzedzić, że nie lubię przegrywać - szepnęła w stronę Svertiga, krzywiąc się delikatnie. Nie lubiła również, gdy decydujący ruch należał do człowieka.
_________________
VOICE // THOUGHTS // MIND

~
Ostatnio zmieniony przez Charlotte Stiefvater 2015-12-20, 00:16, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
     
Terence Ephraim Alberione


Rodzina: Czwórka przyrodniego rodzeństwa, za którym nie przepada oraz szajka złodzei, której się trzyma z wygody. No i oczywiście Anka.
Wiek: 11 lat.
Znaki szczególne: Heterochromia. Prawe oko ciemnozielone, lewe jasnoniebieskie.
Ekwipunek: Niewielka torba z różnościami, bo nigdy nie wiadomo co się kiedy może przydać oraz mały nóż przytroczony do pasa.
Kontrakt z: Svertigu, czy byłbyś tak uprzejmy i przestał zachowywać sie jak totalny błazen? Charlotte, nalejże tej whiskey, w takich warunkach nie da się pracować na trzeźwo.
Poziom życia: 100%
Dołączył: 07 Mar 2015
Posty: 38
Skąd: Znikąd
Wysłany: 2015-12-20, 00:16   
   Multikonta: Behemot


Patrzył na nią i dostrzegał właśnie to co chciała, by ujrzał: jej wyższość, pewność siebie, po czyjej stronie leży kontrola nad sytuacją. Lecz patrząc na to, zupełnie się z tym nie zgadzał, widocznie punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Chciała go traktować z wyższością? Proszę bardzo. Chciała kpić z niego w żywe oczy? Proszę bardzo. Już przegrał, jednak nie zamierzał się poddać temu, co do niego mówiła. Ostatecznie nie powiedziała nic, czego by się nie spodziewał, tego przecież chciał. Nie zwracał więc zbytnio uwagi na słowa, szukał między wierszami. Nie zwracał uwagi na jej ruchy, oboje doskonale wiedzieli kto czego chce i co się musi wydarzyć, żeby każde z nich to dostało. Jej gra była tylko urozmaiceniem dla samej Charlotte, która popełniła już drugi błąd. Chłopiec nauczył się grać na zasadach Czarnej Królowej ostatnim razem, jednak ona najwidoczniej zapominała, że żeby wygrać tym razem muszą zgrać na jego zasadach. Dał jej szansę powiedzenia prawdy, całej prawdy, którą usiłowała ominąć, żeby zmusić go do kolejnego ruchu. Czyżby naprawdę nie potrafiła uratować dziewczyny jeśli on będzie zwlekał? Czyżby była... bezużyteczna dla niego? Terence bardzo nie lubił być do czegokolwiek zmuszany, wystarczyło mu to, po co tu się zjawili. Wymuszanie więcej było... cóż, było mu bardzo nie w smak, czego nie omieszkał okazać Charlotte pogardliwym spojrzeniem, ale nie odezwał się ani słowem. Przejechał palcem po zadrapaniu na policzku, które zostawiła nieostrożna demonica i cmoknął niezadowolony kręcąc delikatnie głową.
W następnej chwili zamarł patrząc na drugiego demona. Wołał o pomoc, błagał by wszelkie dostępne moce, chociażby i ciemności mu pomogły, by nie były tą, którą spotkał w Nawiedzonym Dworze, by nie musiał już zmagać się z odwieczną zagadką o co naprawdę chodzi Czarnej Królowej. Wołał o pomoc i miał dostać... to? Z każdym kolejnym słowem demona na twarzy Terence'a tkwił ten sam kpiarski uśmieszek, jednak w oczach pojawiało się coraz większe rozczarowanie. W Piekle skończył się budżet, czy co? zdawał się myśleć i chyba faktycznie przez chwile się nad tym zastanawiał. Patrzył na oba demony z rosnącym niezadowoleniem, choć trzeba przyznać, ze przybycie drugiego demona nieco mu pomogło. Jakkolwiek nie brzmi to irracjonalnie - podniosło go to na duchu. Tragednia zamieniła się w istną komedię, a utrzymywanie kpiarskiego uśmiechu na twarzy nic go nie kosztowało. Siedział i patrzył jak Czarna Królowa podchodzi do samozwańczego Czarnego Króla. Gdy położyła mu policzek na dłoni, Terence wstał i zaklaskał.
- Do zamku przybył błazen, czas więc rozpocząć przyjmowanie gości na ucztę, czyż nie? - szedł nieco chwiejnym i wyraźnie zmęczonym krokiem w stronę demonów, jednak jego uśmiech pozostał równie bezczelny co zwykle - Trzeba wypisać zaproszenia, urządzić salę, o tak, ogromny przetarg, ale uczta ma być wspaniała. Skoro mamy dwóch potencjalnych wykonawców cóż stoi na przeszkodzie przekonania się, który z nich jest leszy? - rozłożył ręce w wymownym geście, że teraz dopiero rozpocznie się prawdziwa zabawa, dla niego, dla nich rywalizacja.
- Kontrakt, przetarg, umowa to wszystko interesy. Nie zwykłem omawiać interesów na klęczkach, o wiele wygodniej siedzi się na wygodnym krześle, prawda? Przy stole, na którym leży papier do zapisania warunków oraz pióro i kałamarz, jako oczywisty zestaw - uśmiechnął się i popatrzył wyczekująco na oba demony, po czym jakby sobie o czymś przypomniał - Oh tak, jeśli bylibyście na tyle uprzejmi i zaoferowali także szklankę wody, byłbym niezwykle wdzięczny. Nie piłem nic od dłuższego czasu - po czym splunął na podłogę resztką krwi, która od tych przemów zaległa mu w ustach i przetarł twarz rękawem. Uśmiechnął się pozornie niewinnie, jednak doskonale wiedział, że w innej sytuacji taka arogancję przypłaciłby życiem. Tylko, jak to już najwidoczniej zauważyła Czarna Królowa, tym razem Goniec zyskiwał przewagę.
_________________
"Wymagam od miasta, w którym mam mieszkać, asfaltu, kanalizacji, klucza od bramy, ciepłej wody. Dowcipny i kulturalny jestem sam."
 
 
     
Svertig Ragnarsson


Wiek: Ze dwanaście wieków będzie.
Kontrakt z: Terenś, chodź do mnie, dzieciaku. Lotka, puszczaj moje jedzenie.
Poziom życia: 100%
Dołączył: 16 Wrz 2015
Posty: 9
Wysłany: 2015-12-21, 16:13   

Spojrzał na demonicę z góry, albowiem jego wzrost nie pozwalał na jakikolwiek inny zabieg i jeśli chciał spojrzeć kobiecie w oczy, musiał zwiesić głowę. Jednak wbrew jej słowom, nie wywyższał się ani nie lekceważył jej w żaden inny sposób, toteż jej krótki monolog dotyczący jego osoby skwitował tylko krótkim parsknięciem i ironicznym uśmiechem. Jeśli chciała, mogła myśleć, że tak właśnie postrzegał aktualną sytuację: jako potyczkę, którą musiał wygrać. Im dłużej będzie tak myśleć, tym ciekawsza będzie bitwa, która niejako zaczynała zmieniać się w kabaret lub cyrk. Nie zależało mu na głupich słownych przekomarzankach, lecz na zaspokojeniu żołądka. Reszta była dla niego tylko głupią, nic nie znaczącą otoczką, która miała go przybliżyć do celu i skłonić chłopca do zawarcia kontraktu. Utarczki i gierki słowne z Charlotte wcale nie były mu do szczęścia potrzebne, a mógł ich tylko użyć do tego, aby dodać całemu spektaklowi jeszcze zabawniejszej otoczki lub pokazać, że mimo wszystko nie da sobą pomiatać.
Nie odsunął się od dłoni muskającej jego policzek ani nie odwrócił wzroku. Wręcz przeciwnie- odwzajemnił zarówno to spojrzenie, jak i uśmieszek. Czyżby zabawa się rozkręcała? Chciał coś odpowiedzieć, jednak przerwało mu klaskanie. Tutaj na chwilę wzrok uciekł mu w stronę dzieciaka, lecz po krótkiej chwili znowu wbił jasne, ciut kpiące spojrzenie w demonicę.
- Nisko upadasz, chcąc owinąć sobie dziecko wokół palca - odmruknął tylko, wyraźnie znudzony tą bezsensowną wymianą zdań, albowiem najwyraźniej znalazł sobie znacznie lepszy cel do rozmów.
Wręcz natychmiast pojął, dlaczego dusza dzieciaka pachniała tak idealnie. Chłopiec swoją bezczelnością przewyższał nie tyle większość swoich rówieśników, co i samych dorosłych. Byłoby to niczym, gdyby okazywał to wobec ludzi, jednak on stał przed dwójką demonów w krainie cieni, ważyły się losy życia jego i jakiejś panny, a ten zachowywał się tak, jakby był na pogadance z kumplami. Widać było, jak bardzo zdawał sobie świadomość z całej tej sytuacji i jak dobrze znał się na zasadach tej gry. Nagle Czarny Król wraz z Czarną Królową stali się zwykłymi Czarnymi Pionkami w rękach Gońca i zaczynali grać tak, jak im nakazał, co wzbudziło we Svertigu zarówno irytację, jak i pewne zafascynowanie. Nawet, jeśli samozwańczy Król został własnie sprowadzony do roli błazna zabawiającego gości, nadal zdawał sobie sprawę z tego, że pod tym kabaretem kryła się walka o to, kto dostanie duszę człowieka tak zuchwałego i zepsutego, żeby mieć czelność i odwagę kpić z demonów na ich własnym poletku, tudzież szachownicy. Jeszcze zobaczymy, kto będzie błaznem w tym przedstawieniu - pomyślał Ragnarsson, a na jego usta wpełzł uśmiech jeszcze podlejszy niż dotychczas. Jeśli miał błaznować, a w zamian otrzymać tak wspaniałą nagrodę, to był gotów wykonywać rozmaite sztuczki. Tylko po to, żeby później Biały Kruk upadł na kolana przed Czarnym Krukiem.
Gdy tylko usłyszał tę zuchwałą prośbę wypowiedzianą przez chłopca, niemalże natychmiast, zanim demonica mogła w jakikolwiek sposób zareagować, uniósł nieco rękę i pstryknął palcami, a po chwili szachownica została skalana takim tworem jak stół, na którym już leżały pióro, kałamarz i papier, a obok stanęło drewniane krzesło. Nie uraczywszy Czarnej Królowej spojrzeniem, od razu zwrócił się do dzieciaka.
- Obawiam się, że woda nie jest warunkiem koniecznym do podpisywania jakichkolwiek kontraktów czy przetargów, a jedynie drobnym udogodnieniem, na które czas może przyjść później - odpowiedział. Błaznowanie błaznowaniem, jednak miał w sobie na tyle dumy i poczucia własnej wartości, by nie padać przed potencjalnym kontraktobiorcą na kolana wtedy, gdy mógł mieć jeszcze jakikolwiek wybór co do tego, na co może sobie pozwolić, a kiedy lepiej odpuścić. Bądź co bądź, ponad połowę próśb spełnił, więc mógł sobie pozwolić na coś takiego. Jeśli mu się nie uda i jednak przegra z demonicą to starcie o duszę, przynajmniej będzie miał świadomość tego, że próbował. Wielu ludzi łaziło po świecie i nie musiał oddawać wszystkiego akurat temu jednemu dzieciakowi, ku uciesze obecnej tutaj demonicy.
_________________
 
     
Charlotte Stiefvater


Rodzina: Rodzinka z piekła rodem.
Wiek: Na ile wygląda?
Znaki szczególne: Białe włosy i czerwone oczęta.
Ekwipunek: CECIL
Kontrakt z: Nie, nie ma przerwy od ćwiczeń gry w szachy, dzieciaku. Svertig, nie rozpraszaj go i łapy precz od mojego obiadu.
Kosa śmierci: A mogę taką?
Poziom życia: Prawdopodobnie 100%. A może nawet więcej.
Dołączył: 28 Wrz 2014
Posty: 34
Skąd: Piekło.
Wysłany: 2015-12-23, 02:51   
   Multikonta: Asune, Florence, Rozalia


Tak jak wygrana bez ciekawej rozgrywki nie jest satysfakcjonująca, tak przedstawienie pokazane w niepełnej krasie nie jest zbyt ciekawe. Do dobrego efektu niezbędna jest dobra scenografia, atmosfera i przede wszystkim aktorzy. Aktorzy, którzy przygotowani na każdą ewentualność, wykażą się sztuką improwizacji. Sam przekaz stawiany był przez Charlotte na równi z otoczką tragikomedii, która toczyła się na płytach czarno-białej szachownicy. Zawiła fabuła, akcja pełna niewiadomych, zmuszająca do pobudzania szarych komórek, kunszt sztuki aktorskiej i świadomość sytuacji składały się na spektakl idealny. Zawsze zwracała uwagę i doceniała każdy szczegół, od przejść między scenami, po dialogi aktorów - w końcu istoty myślące od zwierząt odróżniało między innymi rozumienie sztuki. Nie znosiła więc, gdy droga do osiągnięcia zamierzonego celu była spychana na dalszy plan tak, jakby i tak nie musiała zostać przemierzona. Czasem efektowna kokarda sprawia, że prezent staje się o wiele bardziej satysfakcjonujący. Lubiła otaczać się pięknem, jednak spektakl musiał iść naprzód. Gdy aktorzy przeciągają akty, całość staje się rozwlekła, nudna, niespójna. Gry słowne były raczej swego rodzaju rozrywką niż atakiem, jednak stanowiły też podkreślenia, że to Czarna Królowa zawsze ma ostatnie zdanie. Egocentryzm, ciężka choroba.
Wyraźnie widziała znajomą kpinę w wyrazie twarzy chłopca. Zdawała sobie sprawę, że - tak naiwnie - miał nadzieję, że spotka kogoś innego. Czarna Królowa nie mogła przepuścić jednak okazji do zdobycia takiej duszy. Pragnęła ukoić swój głód, jednak trafiła na jeden z tych bardzo rzadkich przypadków, gdzie kontrakt z właścicielem mógł zapewnić jej dodatkowe źródło rozrywki. Obiecała już kiedyś blondynowi, że zobaczy ją ponownie, a Królowa zawsze dotrzymuje obietnic.
Gdy usłyszała klaskanie chłopca, obróciła wzrok w jego kierunku. Ta pewność siebie, mimo marnego stanu fizycznego oznaczać mogła tylko jedno - chłopak wiedział co robi, miał plan i zamierzał go zrealizować. Na jej twarzy pojawił się zimny spokój, ukrywający zainteresowanie kolejnym ruchem Białego Gońca. Uwagę drugiego demona puściła mimochodem - zbliżali się do głównego punktu przedstawienia, a to nie był czas na zbędne uwagi. Wiedziała, co chłopiec ma zamiar zrobić - był jedną z niewielu osób na tyle bezczelnych i aroganckich, by wymyślić coś takiego. Nauczyła się przewidywać ruchy laufra. Chwilowo straciła zainteresowanie samozwańczym Czarnym Królem i skupiła się na chłopcu. Może i widział się w roli króla, jednak to hetman był najsilniejszą figurą na całej planszy - to właśnie królowa mogła poruszać się w dowolnym kierunku. Spędzenie jej do roli zwykłego pionka było co najwyżej zabawne.
Widząc, jak samozwańczy Czarny Król spełnia zachcianki dziecka, roześmiała się groteskowo. Nie wiedział nic o Białym Gońcu.
- No proszę - powiedziała melodyjnym głosem, zdradzającym rozbawienie. Z lekko uniesionym podbródkiem wbiła lodowate spojrzenie w różnokolorowe oczy chłopca, pozostawiając jednak na twarzy cień kpiącego uśmiechu. Rozkładając kruczoczarne skrzydła, dumnym, zdecydowany krokiem zbliżyła się do blondyna i nie zważając na jego ból, podniosła go za gardło i silnym, krótkim ruchem, usadowiła go na drewnianym krześle. Trzymając dłoń na jego szyi, stanęła za oparciem, nachylając się nad jego uchem.
- Dużo ryzykujesz, dzieciaku. Strategia godna Białego Gońca, jednak dla Czarnej Królowej niewystarczająca. Zawsze będę o krok do przodu - syknęła, rozluźniając nieznacznie uścisk - nie chciała go zabić ani skrzywdzić, w końcu nie miałaby z tego żadnych korzyści.
- Nie pragniesz towarzysza, kolejnego sługi, płaszczącego się przed tobą sprzymierzeńca - powiedziała z uśmiechem na ustach, puszczając gardło chłopaka - Potrzebujesz potęgi. A to ja jestem potęgą - szepnęła, chwytając wolną ręką pióro. Obeszła krzesło dookoła, zatrzymując się obok blondyna i uniosła sugestywnie dłoń, wyciągając rękę z narzędziem piśmienniczym w stronę dzieciaka. Przeszyła go spojrzeniem szkarłatnych oczu, ignorując całkowicie obecność drugiego demona. To ona była mu potrzebna i to ona przywłaszczy sobie słodko-kwaśną duszę.
_________________
VOICE // THOUGHTS // MIND

~
 
 
     
Terence Ephraim Alberione


Rodzina: Czwórka przyrodniego rodzeństwa, za którym nie przepada oraz szajka złodzei, której się trzyma z wygody. No i oczywiście Anka.
Wiek: 11 lat.
Znaki szczególne: Heterochromia. Prawe oko ciemnozielone, lewe jasnoniebieskie.
Ekwipunek: Niewielka torba z różnościami, bo nigdy nie wiadomo co się kiedy może przydać oraz mały nóż przytroczony do pasa.
Kontrakt z: Svertigu, czy byłbyś tak uprzejmy i przestał zachowywać sie jak totalny błazen? Charlotte, nalejże tej whiskey, w takich warunkach nie da się pracować na trzeźwo.
Poziom życia: 100%
Dołączył: 07 Mar 2015
Posty: 38
Skąd: Znikąd
Wysłany: 2015-12-23, 21:53   
   Multikonta: Behemot


Obserwował reakcję demonów ani na chwilę nie zmieniając wyrazu twarzy. Był zmęczony, ale czym było to wobec handlowania resztką człowieczeństwa, którą jeszcze miał w sobie? Od niego i tej chwili zależały dalsze losy dwóch osób i demona. Może nawet dwóch demonów, ale plan w głowie Terence'a dopiero się krystalizował. Nie pozwolił sobie nawet na najmniejsze drgnięcie w innym celu niż to było wymagane. Patrzył na to co się pojawiło na szachownicy i tłumił w sobie pełne politowania spojrzenie.
- Doprawdy? Piekielna istota upadająca tak nisko? - tej uwagi nie umiał powstrzymać. Oto demon odmówił mu tylko szklanki wody, pozostałe zachcianki oddał Terence'owi w mniej niż sekundę. Pozwolił sobą rozporządzać zanim jeszcze człowiek zyskał nad nim władzę. Piekielny lizus pomyślał chłopiec z pogardą, której nie umiał powstrzymać. Nie szanował takich ludzi, uważał ich za słabych, jak więc mógł myśleć o szacunku do demona, istoty o tyle wyższej i klękającej przed nim w celu udowodnienia siły. Nie widział w tym żadnej mocy, przekonał się tylko, że nawet istota nieśmiertelna może sięgnąć granicy głodu i gardził tym z całych sił. Co innego Charlotte. Widział w jej spojrzeniu, że arogancją nic od niej nie uzyska. Nie teraz. Jeszcze nie. Patrzył jej prosto w oczy i uśmiechał się, widocznie wiedząc już, że rozgrywka będzie się toczyła pomiędzy nimi.
Skrzywił się nieco kiedy chwyciła go za gardło. Nie był to jednak wyraz zdradzający ból. Ponownie był wściekły. Ponownie jego przestrzeń osobista została naruszona, co więcej, tylko w celu udowodnienia wyższości demona.
- I Ty, Brutusie? Udowadniasz coś, co wiem, bo ośmieliłem się wyśmiać Twoje marne przedstawienie? Nie mam czasu ani siły na załatwienie tego tak, jak byś chciała. Oboje wiemy, że gdybym miał, nie byłoby mnie tutaj - patrzył na nią nieskrępowany, rozgniewany i widocznie zmęczony. Sięgnął pióro lekko drżącą dłonią, drżącą ze zmęczenia, ale wydawał się to ignorować, jakby dając wyraźny komunikat: "Zgłupiałem, bo tu jestem, innych głupot nie popełnię".
Odetchnął patrząc na papier a potem spojrzał na Czarną Królową na poły z pogardą na poły z podziwem za jej wybryki na szachownicy.
- Sugestie na temat ryzyka zostaw dla siebie. I pilnuj swoich strategii, bo nie chcemy, żebyś kiedyś straciła koronę. - mruknął i zaczął pisać. Sprawiło mu to większą trudność niż zazwyczaj, co starał się ukryć. Jednak jego stan dawał znać o sobie, drżał coraz mocniej, oddychał ciężej, a z każdą kolejna sekunda wydawał się być bardziej zestresowany świadomością tego co robi i że jeśli będzie zbyt długo zwlekał Annie być może faktycznie skończy się czas. Skończywszy, przesunął papier w stronę Charlotte.
Pierwsze litery były wyraźne i równe, z każdą kolejną linijką stawały się jednak coraz bardziej nieregularne, niepodobne wręcz do chłopca, który widocznie pozwolił sobie na zaniedbanie.

"Kontrakt między niżej podpisanymi człowiekiem i demonem odnosi się do wymiany wszelkich usług istoty piekielnej w zamian za duszę istoty śmiertelnej. Umowa trwa do momentu pozbawienia człowieka życia i określona zostaje następującymi warunkami:
Człowiek oddaje duszę w zamian za spełnienie trzech życzeń:
1. bezwzględnej ochrony zdrowia i życia Annie Marie Leander w każdym miejscu, czasie i przed wszelkimi zagrożeniami aż do momentu jej naturalnej śmierci;
2. rozpowszechnienia na skalę międzynarodową imienia Białego Kruka jako najbardziej nieuchwytnego i wpływowego człowieka w świecie kryminalnym;
3. uczciwej wygranej człowieka z demonem w szachy, niezdobytej żadnym piekielnym podstępem, a zwyczajnym przewyższeniem umiejętności gry;

Podczas trwania umowy obie strony zostają zmuszone do bezwzględnego stosowania poniższych zasad:
1. Sprzątania po sobie.
2. Nie okłamywania drugiej strony w żadnym miejscu, czasie i z żadnego powodu.
3. Pozostawania osiągalnym dla drugiej strony w każdym miejscu, momencie i ze wszelkich powodów.

Ponadto, aby umowa była ważna demon nie może odmówić wykonania żadnego polecenia człowieka w żadnym innym wypadku niż zagrożenie niewypełnienia warunków kontraktu."


Na papierze widniały dwa miejsca na podpisy, dwie lekko nierówne linie. Terence podał Charlotte pióro z obojętnym wyrazem twarzy, jednak w jego oczach kryła się ledwie wyraźna nuta triumfu. Zupełnie jakby podczas pisania przyszedł mu do głowy pomysł, który podetnie demonowi skrzydła. Oczy te mówiły: "wylądowałem na klęczkach, ale miło będzie popatrzeć jak robisz to samo."
- Wystarczy podpisać i jestem cały Twój - zaśmiał się cicho i ochryple znów przywołując na twarz kpiarski uśmieszek i podając demonowi pióro. - Szczególnie podoba mi się moje trzecie życzenie - szepnął widocznie powstrzymując się przed głośnym wybuchem śmiechu. Wygrał. Nawet jeśli nigdy nie będzie w stanie naprawdę pokonać Czarnej Królowej, jeśli będzie chciała wygrać, zostanie zmuszona do poddania się. Raz, jeden jedyny raz będzie musiała przegrać naprawdę albo się poddać aby osiągnąć to, na czym jej zależy. O tak, Terence miał ochotę się śmiać.
_________________
"Wymagam od miasta, w którym mam mieszkać, asfaltu, kanalizacji, klucza od bramy, ciepłej wody. Dowcipny i kulturalny jestem sam."
 
 
     
Svertig Ragnarsson


Wiek: Ze dwanaście wieków będzie.
Kontrakt z: Terenś, chodź do mnie, dzieciaku. Lotka, puszczaj moje jedzenie.
Poziom życia: 100%
Dołączył: 16 Wrz 2015
Posty: 9
Wysłany: 2015-12-25, 17:39   

Jego strategia wydawała się prosta i dość efektywna: teraz trochę poudawać płaszczącego się sługę, niezmiernego lizusa, który zrobi wszystko, co pan powie. Dzieciak zobaczy, kto jest lepszy oraz kto mu więcej da i wybierze jego. Plan idealny? Nie w tym przypadku. Charlotte miała nad nim ogromną przewagę, bo zdążyła już wyczuć chłopca i jego charakter. Svertig natomiast próbował tego, co wydawało mu się skuteczne w większości przypadków. To nie tak, że przycisnął go głód i chciał za wszelką cenę zdobyć duszę małego blondynka, żeby się nażreć. Nie. On chciał pokazać swoją wyższość nad demonicą, skusić swoją ofiarę wypisując sobie na czole słowa "jestem lepszy i zrobię dla ciebie absolutnie wszystko" tylko po to, żeby zapewnić sobie akurat tę słodziutką duszyczkę i potem móc pomiatać młodym ile wlezie, bo przecież był nie tylko ponad Charlotte, lecz również ponad niego.
A przynajmniej tak mu się zdawało, nim rzeczywistość sprzedała mu siarczysty policzek. "Piekielna istota upadająca tak nisko?" - jakże niewiele potrzeba, by zdać sobie sprawę z tego, że dotychczasowe plany cholera strzeli, bo nie były one dostosowane do tego konkretnego przypadku. Ba, tych dwóch przypadków. Mógł przestać zgrywać miłego na samym początku i przybrać tę samą strategię, co Czarna Królowa. Może nie zostałby strącony na straconą pozycję już na samym wejściu i nie zostałby zdegradowany do roli błazna. Powoli zdawał sobie sprawę z tego, że niewiele ugra w tej grze. Demonica od początku była przypisana tej konkretnej duszy, a on rozpoczął złą taktyką, w dodatku spóźniony. Nie miał nawet o co walczyć, kobieta całkowicie go zdeklasowała, co dzieciak zaraz potwierdził. Jaki wtedy był sens udawania wiernego sługi, który zrobi dla człowieka wszystko?
- Chrzanić to - mruknął, gdy tylko dzieciak zaczął spisywać kontrakt, albowiem już wtedy wiedział, że został zdyskwalifikowany i nic mu nie pomoże. Co nie oznaczało, iż nie chciał oglądać tego przedstawienia. Prawdę mówiąc, miał zamiar zostać do samego końca, bo i tak nie miał nic do roboty. Jego kompan do picia pewnie już zdążył się zmyć, wszystkie knajpy pozamykali. Zostało mu siedzieć i patrzeć na zawieranie cudzych kontraktów z nadzieją, że młodzik jeszcze wykiwa Czarną Królową lub ta nie zgodzi się na jego warunki, lecz marna to była nadzieja. Podszedł bliżej stołu i nachylił się nad nim, mając kompletnie gdzieś, że przeszkadza w bardzo ważnej transakcji. Wręcz przeciwnie: gapił się dzieciakowi na ręce i uważnie czytał to, co wychodziło spod jego drżącej ręki. Wreszcie parsknął z politowaniem i wyraźnie rozbawiony tym, co właśnie przeczytał.
- Sprzątanie? Prawdomówność? To zasady twojego przedszkola, dzieciaku? - zaśmiał się krótko i uniósł wzrok na demonicę. - Nieźle się wkopałaś, Czarna Królowo. Ciekawe, czy to - wskazał na papier. - Będzie warte tego - i wbił palec w pierś chłopca, uśmiechając się kpiąco do szkarłatnookiej Królowej, po czym cofnął rękę i zaklaskał. Można powiedzieć, że przegrywając to starcie, wygrał całą wojnę. Przynajmniej nie będzie musiał bawić się w tego typu gierki z dzieciakiem, który chciał sobie opleść demona wokół palca. Sam Czarny Kruk znajdzie sobie lepszą ofiarę. Bardziej potulną, głupszą i najlepiej taką, która nie będzie mieć wygórowanych wymagań i której dusza będzie równie zacna, co tego oto młodzieńca.
_________________
 
     
Charlotte Stiefvater


Rodzina: Rodzinka z piekła rodem.
Wiek: Na ile wygląda?
Znaki szczególne: Białe włosy i czerwone oczęta.
Ekwipunek: CECIL
Kontrakt z: Nie, nie ma przerwy od ćwiczeń gry w szachy, dzieciaku. Svertig, nie rozpraszaj go i łapy precz od mojego obiadu.
Kosa śmierci: A mogę taką?
Poziom życia: Prawdopodobnie 100%. A może nawet więcej.
Dołączył: 28 Wrz 2014
Posty: 34
Skąd: Piekło.
Wysłany: 2015-12-27, 02:43   
   Multikonta: Asune, Florence, Rozalia


Wiedziała, że jeszcze nie odniosła zwycięstwa. W sumie jeszcze bardzo daleko jej było na wygranej, jednak mogłoby się wydawać, że zyskała chwilową przewagę. Zdawała sobie sprawę z faktu, że ostateczny wynik gry może być zupełnie inny. Na szachownicy wszystko jest możliwe - błazen może stać się godnym przeciwnikiem, goniec może założyć koronę, a hetman zejść na dalszy plan. Charlotte nie przeoczyła żadnego możliwego scenariusza gry, w końcu była strategiem idealnym. Wiedziała, że dzieciak ma jeszcze jeden niewykorzystany ruch - jej już ich zabrakło, więc z góry była skazana na spryt Białego Gońca. W tym jednym przypadku nie zależało jej jedynie na wygranej - szczerze mówiąc, zwycięstwo było na ostatnim miejscu powodów, dla którego zdecydowała się zaprzedać swoją wolność. Pragnęła dobrej rozgrywki, zabicia nudy i przeciwnika, którego mogłaby postawić na równi ze sobą. Chociaż nienawidziła przegranych, pogodziła się z myślą, że tym razem niekoniecznie stanie na podium. Zdawać by się mogło, że samozwańczy król pogodził się już, że nie weźmie udziału w grze. Charlotte nie skreślała jednak figur, które zaraz mogły powrócić na szachownicę. Mimo to zabawnie było obserwować upadek króla nawet, jeśli miał być chwilowy. Demon wykpiony przez ludzkie dziecko - gdyby kobieta nie była nad wyraz dumna, z pewnością pogratulowałaby blondynowi za tę uwagę. Strategia demona była zrozumiała, jednak nieprzemyślana - przez nieuwagę i nieostrożność, jeden ruch zesłał go poza szachownicę.
Widząc ból w oczach chłopca uśmiechnęła się w myślach. To właśnie chciała zobaczyć - cierpienie, które mogła mu zadać ostatni raz do czasu spełnienia wymagać kontraktu. Tak jak małe dziecko nie może nabawić się nową zabawką, tak Charlotte przez wręcz dziecięcą zachciankę, chciała pobawić się słabościami blondyna. O tak, bawiła się doskonale. Ostatni raz miała okazję w tak otwarty sposób okazać swoją wyższość, zanim jej wolność zostanie ograniczona. Później będzie miała obrożę, która skutecznie odciągnie ją od takich zabaw.
- Mylisz się. Załatwiasz to dokładnie tak, jakbym chciała. - powiedziała bardziej do siebie niż do dzieciaka. Nie kłamała - choć zdawała sobie sprawę z zagrożonej pozycji, urozmaicona gra bardzo ją satysfakcjonowała. Dobry gracz zawsze potrafi dostosować się do sytuacji, więc i ona bardzo szybko pojęła zasady, jakie rządziły tą rozgrywką.
Uderzyły ją zdecydowane słowa chłopca. Tuż przed ostatecznym zawarciem kontraktu wydawał rozkazy, jakby był pewny, że i tak zostanie zaraz podpisany. Nie mylił się wiele - arogancja chłopca w pewien sposób cieszyła Charlotte. Tylko właściciel tak wybornej duszy mógł pozwolić sobie na takie zachowanie. Uśmiechnęła się więc potulnie i teatralnym gestem skinęła głową, wykonując coś w rodzaju niepełnego ukłonu.
- Tak, mój panie. - powiedziała rozbawionym tonem, z kpiącym uśmiechem na twarzy. Nawet, jeżeli na życzenie chłopca będzie musiała zdjąć koronę, sprawi, że on też będzie musiał pozbyć się swojej. Dopilnuje, by zdobył wszystko czego pragnie, a następnie bez mrugnięcia okiem mu to odbierze. Standardowa procedura.
Z niekrytym niezadowoleniem przyglądała się kolejnym zdaniom zapisanym na pergaminie. Cholerny dzieciak, chciał wyciągnąć z zawarcia kontraktu jak największe korzyści. Nie uśmiechało jej się pilnować nikogo poza nim (co również było przykrą koniecznością). Zasady kontraktu były do przyjęcia, jak najbardziej rozsądne, przemyślane i zrozumiałe. Musiała przyznać, że jasno się określił i nie pozostawił w nich żadnej większej luki. Wymagał tego, czego Charlotte trzymała się przy każdym zawarciu kontraktu. Grymas na jej twarzy wywołało jednak trzecie życzenie chłopca - wygrana z Królową w szachy. Rzecz praktycznie niemożliwa do osiągnięcia. Wymagało to nie tyle pracy Czarnej Królowej, co wkładu Białego Gońca. Bardzo ryzykowny punkt kontraktu. Gdyby zgodziła się na niego, a chłopiec zwyczajnie nie chciałby rozwijać swoich umiejętności, nie dopełniłaby wszystkich jego poleceń, tym samym nie mogłaby zabrać jego duszy. Rzuciła cicho niecenzuralnym słowem i oparła się o stół, spoglądając na demona.
- Niecodzienne wymagania, prawda? Ale dobrze wiesz, że to właśnie dlatego i ty i ja pragniemy tej duszy. - uśmiechnęła się, bez cienia kpiny w wyrazie twarzy. Rozumiała postępowanie samozwańczego Króla. I wiedziała, że za dobry posiłek należy zapłacić wysoką cenę. Dzieciak podjął już ryzyko - dlaczego ona miałaby tego nie zrobić?
Wzięła pióro od blondyna i spojrzała mu w oczy. Charlotte miała zaraz wykorzystać swój ostatni ruch w tej części gry - jemu został jeszcze jeden. Zdawała sobie sprawę, że dzieciak ma plan, który prawdopodobnie zmusi ją do ściągnięcia korony. Jeśli chciał zobaczyć Królową bez tej ozdoby - proszę bardzo. Może grać na jego zasadach, potulnie oczekując własnego, decydującego ruchu. Chociaż chłopiec zyska tytuł Króla, chociaż założy koronę, chociaż osiągnie tyle, ile władca osiągnąć tylko może - to ona będzie pociągała za wszystkie sznurki. To ona nada mu tytuł Króla, to ona będzie stała za jego osiągnięciami, to ona założy i ściągnie mu koronę. Pokazała jednak jedynie swoją irytację, zrzekając się ostatecznie dowodów wyższości nad chłopcem.
- Nie mogę się doczekać naszej ostatecznej rozgrywki. - mruknęła jedynie, utrzymując na twarzy grymas niezadowolenia. Przeniosła zimne spojrzenie na pergamin i złożyła w odpowiednim miejscu podpis. Ładne, smukłe litery wyraźnie kontrastowały z niewyraźnym pismem chłopca.
Charlotte wyprostowała się i podsunęła blondynowi pergamin. Jego ruch.
_________________
VOICE // THOUGHTS // MIND

~
 
 
     
Terence Ephraim Alberione


Rodzina: Czwórka przyrodniego rodzeństwa, za którym nie przepada oraz szajka złodzei, której się trzyma z wygody. No i oczywiście Anka.
Wiek: 11 lat.
Znaki szczególne: Heterochromia. Prawe oko ciemnozielone, lewe jasnoniebieskie.
Ekwipunek: Niewielka torba z różnościami, bo nigdy nie wiadomo co się kiedy może przydać oraz mały nóż przytroczony do pasa.
Kontrakt z: Svertigu, czy byłbyś tak uprzejmy i przestał zachowywać sie jak totalny błazen? Charlotte, nalejże tej whiskey, w takich warunkach nie da się pracować na trzeźwo.
Poziom życia: 100%
Dołączył: 07 Mar 2015
Posty: 38
Skąd: Znikąd
Wysłany: 2016-01-01, 01:11   
   Multikonta: Behemot


Cały czas miał do twarzy przyklejony zwykły dla siebie, kpiarski uśmiech. Patrzył prosto na Charlotte, a w jego oczach kryło się rozbawienie. Widocznie bardzo starał się coś ukryć, bo choć zarówno ruchy jak i każda mina oraz słowo zdawały się być przemyślane trzy razy przed wykonaniem, coś sztucznego kryło się w jego osobie. Coś niemożliwego do określenia nawet dla kogoś kto go dobrze znał. Możliwe, że wpływało na to widoczne zmęczenie chłopca, lekkie rozdrażnienie całą sytuacją i niepewnością o los tak drogiej mu osoby.
To wszystko trwało do momentu gdy Charlotte złożyła swój podpis. Wtedy Terence odetchnął i nagle, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przestał drżeć ze zmęczenia, zniknęła ta nieokreślona sztuczność jego ruchów, kiedy zadowolony zabierał kontrakt i podpisał go równym, kształtnym pismem. Nie zmieniło się nic - nadal wyglądał koszmarnie, nadal nie był to ten sam arogancki i zdrowy chłopiec sprzed paru miesięcy, nadal był to człowiek ogarnięty obsesja do tego stopnia, że był w stanie zaprzedać duszę, ale stało się jasne, że cały czas grał i koloryzował swoje zmęczenie. Grał, żeby zająć Charlotte swoja osobą i odwrócić jej uwagę od najgorszego wybiegu, do jakiego mógł się uciec. Wskazał na trzeci punkt kontraktu jako zagrożenie o wiele gorsze niż było w rzeczywistości. Ponieważ oczywistym było, że obawy Charlotte dotyczące szachów pojawią się jeśli tylko Terence da jej choć cień niepewności. Równie oczywistym był fakt, że blondyn jest zbyt ambitny i czuje się zbyt poniżony przez Czarną Królową żeby odmówić sobie ostatniej w życiu przyjemności jaką będzie ujrzenie jej pokonanej w ich wspólnej rozgrywce. Skoro jednak kontrakt został zawarty, mógł z cała swoja bezczelnością patrzeć na demonicę i pozornie grzecznie wskazać jej krzesło obok.
- Siadaj i milcz, poczekamy jeszcze minutkę w tym miejscu - po czym zupełnie przestał zwracać na nią uwagę i spojrzał na Svertiga równie uważnie co niegdyś na Charlotte. Uśmiechał się na poły uprzejmie, na poły z rozbawieniem. Zapewne kojarzyłoby się to z serdecznym uśmiechem, gdyby postawa chłopca była bardziej dziecięca, on jednak siedział niczym dorosły bankowiec zamknięty w ciele dziecka tuż przed transakcją. Zaiste niezwykły widok.
- Drogi panie, jak miło, że jeszcze pan nas nie opuścił. Pana obecność jest mile widziana, zapewniam. Nie w każdym momencie, więc myślę, że się dogadamy. Pan pójdzie pić, a kiedy będę pana potrzebował pan się zjawi, zgodnie z moim trzecim wymaganiem. To chyba nie są dziecięce wymagania, prawda? - i z uśmiechem nakreślił jeszcze jedną linię pod dwoma nazwiskami, po czym wyciągnął w stronę demona pióro.
- Prosta zasada, które pierwsze to lepsze i wygrane. Zasady sa już spisane. Oczywistym jest więc, że taki prawdziwy mężczyzna jak pan da sobie radę w rywalizacji z kobietą... - umyślnie i bezczelnie grając na emocjach drugiego demona wziął oddech i wypowiedział ostatnie słowa, mające być odwetem za poprzednie ściśnięcie jego gardła:
- Ostatecznie może zostać pana kochanką lub zabawką, jak pan woli - cóż, nie ma to jak wykorzystać tę odrobinę siły, którą się posiada, żeby ukazać drugiej stronie jej słabości i móc się nimi pobawić. O tak, Terence i Charlotte byli siebie warci, oboje zdolni do nieczystych zagrywek kiedy druga strona ośmieliła się zbytnio podburzać ogromne ego.
_________________
"Wymagam od miasta, w którym mam mieszkać, asfaltu, kanalizacji, klucza od bramy, ciepłej wody. Dowcipny i kulturalny jestem sam."
 
 
     
Svertig Ragnarsson


Wiek: Ze dwanaście wieków będzie.
Kontrakt z: Terenś, chodź do mnie, dzieciaku. Lotka, puszczaj moje jedzenie.
Poziom życia: 100%
Dołączył: 16 Wrz 2015
Posty: 9
Wysłany: 2016-01-03, 19:42   

Czarny Król, jako pionek zmieciony z gry, mógł tylko stać na planszy i zastanawiać się, co zrobił nie tak. Albo olać to wszystko i po prostu przyglądać się temu widowisku i przeszkadzać w nim na różne znane sposoby i właśnie tę opcję wybrał, albowiem ta pierwsza byłaby wbrew jego naturze. Miałby się jakoś szczególnie przejąć tym, że przegrał? A gdzieżby tam. Jasne, było mu trochę głupio, że przegrał z kobietą i dzieciakiem, ale cuda się zdarzają, a on nie zamierzał się poddawać. Znajdzie lepszą okazję. Gdzieś. Kiedyś.
- Nie my, lecz ty. Nie jestem masochistą, by chcieć bawić się w coś takiego z dzieckiem - odpowiedział, unosząc nieco podbródek. Chociaż w głębi duszy wiedział, że coś takiego mogło się niezwykle opłacić (ba! Już się o tym przekonał), to jednak nie miał ochoty padać na kolana przed dzieckiem, aby zostać przez nie uwiązany na smyczy i skrępowany tak, by nie mógł się poruszyć i nie mieć jakiegokolwiek pola do popisu. Wolał znaleźć jakąś naiwniejszą ofiarę. Jednak czy ona mogła być równie wspaniała, co ten tutaj chłopiec? Pewnie nie, ale jeśli będzie chociaż w połowie tak wyśmienicie pachnąca i o połowę mniej wymagajaca, Svertig będzie brał w ciemno, śmiejąc się w twarz Czarnej Królowej, że musi się użerać z dzieciakiem jako jego niańka.
Widział kpiarski uśmiech na ustach Białego Gońca, jednak nie sądził, żeby on mógł coś oznaczać. Ot, dzieciak czerpał frajdę z tego, że zaraz naiwna demonica padnie mu do stóp, a on będzie mógł pociągać sznurki do momentu, aż nie osiągnie tego, co zamierzał. Tyle. Nic wielkiego. Zaraz przedstawienie się skończy, a oni opuszczą scenę, z czego Ragnarsson dalej pozostanie samotny. Może gdzieś po drodze ukradnie skądś butelkę jakiegoś dobrego alkoholu lub napatoczy się na inną duszę, którą będzie mógł pożreć.
O zgrozo, jak bardzo się mylił.
Zmarszczył nieco brwi i pochylił się bardziej nad stołem, gdy dwukolorowe spojrzenie blondynka spoczęło na jego zacnej osobie. Zachował kamienną, chłodną twarz nawet wtedy, gdy dzieciak zaczął go przekonywać do podpisywania kontraktu. Tego się, cholera, nie spodziewał. I nigdy nie słyszał o takim przypadku. Poczekał do końca jego mowy, nie odzywając się ani słowem i nie odrywając od niego bladych ślepi. Kusił go tak samo, jak robił to z Charlotte i z początku Svertig chciał odmówić, uważając, że nie chce skończyć tak jak ona. Nie chciał zostać zamknięty w klatce i wykonywać idiotycznych rozkazów dziecka, które próbowało zagrać mu na emocjach, żeby się zgodził. Jednak coś sprawiło, że demon nie odrzucił pióra na bok i jeszcze nie opuścił tego miejsca. "Pan pójdzie pić, a kiedy będę pana potrzebował, pan się zjawi zgodnie z moim trzecim wymaganiem". A to oznaczało, że podczas, gdy Czarna Królowa będzie mu ciągle usługiwała, mężczyzna będzie zjawiać się tylko w nagłych wypadkach i odwalać znacznie ciekawszą robotę, a i tak miał szansę na duszę. Słodką, wartościową duszę dziecka, która dalej mogła stać się jeszcze lepsza, a sam Czarny Kruk miał okazję pokazać demonicy swoją przewagę nad nią. A nuż jednak nie zostanie aż tak zhańbiony przegraną z kobietą? Na tę myśl jego usta wygięły się w paskudnie złośliwym uśmiechu i spojrzał na nią, po chwili wracając wzrokiem do chłopca.
- Będzie dla mnie czystą przyjemnością sprowadzenie jej do roli kochanki, a ciebie do roli pionka - mruknął, po czym niemalże wyrwał pióro z dłoni chłopca i złożył podpis nad trzecią kreską. Koniec, kropka. Wpakował się w niezłe bagno, lecz czyż nie to robił przez całą swoją egzystencję? Jedna głupota w tę czy w tamtą stronę nie zrobi mu różnicy, najwyżej pochodzi głodny nieco dłużej, aby potem nie mieć pewności, czy się naje. Jeśli się uda, niewątpliwie będzie to jedno z jego większych zwycięstw od wielu dziesięcioleci. Jeśli było coś, co było dla niego przyjemniejsze niż smak whisky o poranku, to na pewno było to podbudowywanie własnego ego i zwyciężanie nad innymi w długiej rywalizacji, gdy miał większą okazję do wykazania się i większe możliwości, niż przeciwnik. Oczywiście, Goniec mógł skłamać i w demon mógł skończyć dokładnie tak, jak jego towarzyszka niewoli, ale nawet takie ryzyko nie robiło na nim specjalnie dużego wrażenia. Chyba był za bardzo zaślepiony profitami, aby zerknąć na minusy.
_________________
 
     
Charlotte Stiefvater


Rodzina: Rodzinka z piekła rodem.
Wiek: Na ile wygląda?
Znaki szczególne: Białe włosy i czerwone oczęta.
Ekwipunek: CECIL
Kontrakt z: Nie, nie ma przerwy od ćwiczeń gry w szachy, dzieciaku. Svertig, nie rozpraszaj go i łapy precz od mojego obiadu.
Kosa śmierci: A mogę taką?
Poziom życia: Prawdopodobnie 100%. A może nawet więcej.
Dołączył: 28 Wrz 2014
Posty: 34
Skąd: Piekło.
Wysłany: 2016-01-10, 03:02   
   Multikonta: Asune, Florence, Rozalia


Nie umknął jej fakt, że cała sytuacja stanowczo wydłużała się w czasie. Chciała pograć z chłopcem, podpisać kontrakt i zakończyć przedstawienie, tymczasem sztuka zaczynała ją nużyć. By w końcowym spektaklu została na scenie sama jedyna, musiała na jakiś czas odejść w cień teatralnych kotar i wspomagać aktorów grających na scenicznych deskach. Ktoś nie chciał się jednak trzymać scenariusza, przez co aktorzy zmuszeni byli popisać się improwizacją - obecność drugiego demona sprawiła, że Biały Goniec otrzymał nowe możliwości, których zapewne nie omieszkał się wykorzystać przeciwko Charlotte. Gdyby nie miała tak narcystycznego i aroganckiego podejścia z pewnością zauważyłaby drobne podobieństwo pomiędzy nią a chłopcem - gdyby stawiła się na pozycji blondyna, postąpiłaby dokładnie tak samo. Podświadomie cieszyła się, że jej kontrahent jest kimś, kto sprytem przewyższa przeciętnego mieszkańca Londynu. Miała w zwyczaju dobierać swoich tymczasowych panów, późniejsze obiady bardzo skrupulatnie, ponieważ nawet jeżeli miała przyjmować służebniczą rolę na krótki dla wysłannika piekieł okres czasu, nie brała pod uwagę kontraktu z osobnikiem prostym. Biały Goniec zamierzał wykorzystać wszystkie szanse i wyciągnąć z rozgrywki jak najwięcej korzyści - to zrozumiałe i powszechne. Najciekawszym punktem był fakt, że całkiem dobrze mu to wychodziło, pomimo młodego wieku i mniejszego doświadczenia. Miał na tyle odwagi (a może lepiej byłoby rzec - szaleństwa), by próbować wodzić za nos nawet nie jedną, a dwie istoty z piekieł. Może działał w tym przypadku jakiś zwierzęcy instynkt, zmuszający chłopca do podjęcia nawet najbardziej ryzykownych decyzji, byleby tylko ratować skórę? Nie, zależało mu przecież na życiu i zdrowiu kobiety. Tak dobry gracz dał się pogrążyć słabym uczuciom i wyszedł na arenę, niczym karma dla wygłodniałych lwów - Czarna Królowa łapała się na tym, że zapomina, że ma do czynienia - bądź co bądź - z dzieckiem. Chamskim, aroganckim, przebiegłym dzieckiem, które nagle obudziło w sobie tę niewinną stronę, pragnącą uczuć utraconej matki. Mieszanka ta mogłaby okazać się zabójcza, gdyż przeciętny człowiek z pewnością zostałby omamiony dziecięcą buzią jej kontrahenta.
Głupcem można by nazwać tego, kto uznałby Charlotte za nieświadomą czającego się podstępu. Lata, a nawet stulecia praktyki nauczyły ją rozpoznawać łgarzy, a ponadprzeciętna inteligencja godna samego władcy podziemi pozwalała jej na przewidywanie ruchów przeciwnika. Nawet nie zwracała uwagi na kpiarski uśmiech dzieciaka - interesowało ją szybkie załatwienie formalności, co oczywiście było niemożliwym do spełnienia. Blondyn z pewnością zamierzał czerpać jak najwięcej satysfakcji z możliwości wywyższenia się ponad Królową - nawet, jeżeli było ono tylko pozorem. Chciał okazać swoją przewagę, okazać, jaką pełni rolę według kontraktu, dopóki jego warunki nie zostaną spełnione. Wtedy role się odwrócą, a dusza Terenca Ephraima Alberione zostanie własnością Charlotte. Przedtem jednak musiała sprawić, że dzieciak ją przewyższy, co wydawało się nie tyle rzeczą trudną, co niemożliwą do spełnienia. Tak jak blondyn był ogarnięty szaleństwem, które popchnęło do zaprzedania duszy, tak Czarna Królowa podjęła ryzyko. Nie zamierzała grać do końca na zasadach jej kontrahenta i definitywnie nie zamierzała padać mu do stóp, jak podejrzewał jej piekielny krewny. Słysząc polecenie z ust chłopca, zupełnie nieprzyzwyczajona do przyjmowania rozkazów, zacisnęła wargi, spoglądając na niego wzrokiem pełnym mieszanki irytacji, pogardy i zaskoczenia. Czasy, w których zawierała kontrakty sięgały wielu lat wstecz, choć nawet wtedy nie miała w zwyczaju uniżać się przed człowiekiem. Gdy zobaczyła spojrzenie blondyna, biegnące w stronę drugiego demona, wiedziała już, że jej niepokój nie był bezpodstawny. Jak zwykle przeczucie, intuicja, a może zwykła umiejętność dedukcji jej nie zawiodła. Chociaż był to ruch niezwykle wyszukany i niepospolity, nie zdziwiło ją, że Biały Goniec zdecydował się po niego sięgnąć. Nie znała przypadku, w których człowiek zawierał kontrakt z dwoma demonami jednocześnie. Wszystko było jasne - zaczął się wyścig o duszę chłopca. Uśmiechnęła się, po czym pełnym dumy krokiem zaczęła kierować się w stronę krzesła. Szachownica, jakby na polecenie Czarnej Królowej, powoli zaczęła kruszyć się w niektórych miejscach, a przy brzegach planszy pozbywać się nawet większych elementów. Usiadła na krześle i z obojętnością oparła się na podłokietniku, korzystając z okazji i wyciągając małą butelkę o złoto-szmaragdowej zawartości. Upiła trochę, spoglądając ze znużeniem na kruszący się marmur. Przedstawienie dobiegało końca. Z pozornie poważnym wyrazem twarzy, spojrzała na dzieciaka. Sprytnie wszystko obmyślił - sprowadził królową, od której otrzyma koronę, po czym wezwał nadwornego błazna. Nadmiernie dumna natura Charlotte nie pozwalała na nieugięcie rozkazu i upijając kolejne łyki szkockiej wódki, wiła wzrok w stronę swojego kontrahenta.
- Czas się kończy. - powiedziała, charakterystycznie przeciągając samogłoski.
- Mysz dostała ser, pułapka dostała mysz. Gratulacje. - uśmiechnęła się, celowo odnosząc się do ich rozmowy w nawiedzonym dworze. Czyż nie tak miało być?
Pozostała jeszcze jedna rzecz, która stanowiła ostateczne zaakceptowanie umowy. Bezszelestnie pojawiła się za chłopcem.
- Pytałeś się mnie, co zatrzymuje przy sobie obie strony kontraktu, pamiętasz? - zapytała, wyciągając jednocześnie smukła dłoń w kierunku blondyna. Pozornie opiekuńczym gestem przejechała dłonią po głowie jej kontrahenta (nie znosiła wręcz określenia pan), od czubka głowy, aż po jego dziecięcą skroń. Na skórze za uchem Terenca zaczął pojawiać się szkarłatny symbol kontraktu. Ona sama zaś poczuła nad obojczykiem piekący ból, nie na tyle mocny, żeby dawać po sobie poznać jego odczuwanie. Na jej bladej skórze pojawił się dokładnie taki sam znak - domyślała się, że skoro chłopiec zawarł umowę również z drugim demonem, znamię musiało też dotknąć jego osoby. Odruchowo położyła wolną dłoń w miejscu, gdzie mieścił się symbol i cofnęła rękę z głowy blondyna. Pozostawało jej jedynie czekać, aż dzieciak zdecyduje się na kolejny ruch.
_________________
VOICE // THOUGHTS // MIND

~
 
 
     
Terence Ephraim Alberione


Rodzina: Czwórka przyrodniego rodzeństwa, za którym nie przepada oraz szajka złodzei, której się trzyma z wygody. No i oczywiście Anka.
Wiek: 11 lat.
Znaki szczególne: Heterochromia. Prawe oko ciemnozielone, lewe jasnoniebieskie.
Ekwipunek: Niewielka torba z różnościami, bo nigdy nie wiadomo co się kiedy może przydać oraz mały nóż przytroczony do pasa.
Kontrakt z: Svertigu, czy byłbyś tak uprzejmy i przestał zachowywać sie jak totalny błazen? Charlotte, nalejże tej whiskey, w takich warunkach nie da się pracować na trzeźwo.
Poziom życia: 100%
Dołączył: 07 Mar 2015
Posty: 38
Skąd: Znikąd
Wysłany: 2016-03-19, 20:42   
   Multikonta: Behemot


Z każdą chwilą gra męczyła go coraz bardziej. Bawił się niemal doskonale, jednak takie szczegóły jak fakt, że od dłuższego czasu podróżował pod pokładem statku jako żywy towar oraz że w każdej sekundzie demonom mogło się to wszystko znudzić i mogły go zwyczajnie zabić i zabawa mogła się skończyć jeszcze szybciej niż się zaczęła. Należy tez pamiętać, że za ilekolwiek rzeczy by nie odpowiadał w domu i jakiegokolwiek dorosłego życia by nie prowadził, znalazł się na tej szachownicy nie z powodu swojej dorosłości i dojrzałości oraz siły, ale wręcz przeciwnie. Przywiodło go tu jego najskrytsze, dziecięce pragnienie i jego największa słabość. Wytrzymywał tyle ile mógł, żeby osiągnąć cel i żeby poprowadzić grę z jak najpomyślniejszym dla niego wynikiem. Wiedział, że przegrał już w momencie gdy usłyszał to rozbawione „Bu”, jednak dopóki żył zamierzał brać z tego życia pełnymi garściami i nie ograniczać się w żadnym stopniu.
Gdy tylko Svertig wziął wreszcie pióro, a Charlotte nie miała szansy temu zapobiec, Terence czekał jeszcze chwilę pełen napięcia aż demon złoży swój podpis i gdy tylko to nastąpiło od razu zniknęło wszystko co jeszcze przed chwilą chłopiec sobą reprezentował. Nagle znów stał się dzieckiem bliskim śmierci ze zmęczenia, głodu i odwodnienia. Ledwo zwrócił uwagę na słowa Svertiga, choć w każdym innym wypadku z pewnością zwróciłby na nie uwagę i odpowiedział kąśliwą uwagą.
Widząc jak szachownica powoli się rozpada zwrócił znów wzrok w kierunku Charlotte, próbując za wszelką cenę nie dopuścić do swojego spojrzenia tego co sobą reprezentował. Kiedy jednak demonica wypowiedziała te trzy tak znaczące dla niego słowa, pozwolił do reszty opaść jakimkolwiek murom i ukazać swoją słabość tak jak ją czuł w tej chwili - absolutnie pozbawioną jakiejkolwiek skorupy, bezbronną i oczekującą bezlitosnego ciosu. Dotarło do niego, że to co czuje w tej chwili to zaledwie namiastka i zupełnie nic nie znacząca część tego co będzie odczuwał w trakcie śmierci. Gdy Charlotte zjawiła się za Terencem stała się dla chłopca uosobieniem strachu, bólu i cierpienia. Wiedział już wcześniej, że jest ona właśnie tym i wydawało mu się, że jest to nic za cenę aż trzech życzeń, jakie miał jeszcze dostać od życia. Dopiero kiedy do niego dotarło, że oba demony są uosobieniem jego własnego strachu, bólu i cierpienia zdał sobie sprawę jak bardzo te istoty są przerażające i był bliski całkowitego poddania się.
Niczym zbawienie pojawił się w jego umyśle obraz Annie wykonującej niemal dokładnie ten sam opiekuńczy ruch zagarniający jego niesforne kosmyki za ucho, z tą jedną różnicą, że Annie naprawdę mu matkowała. Nie robiła tego na pokaz, bo i komu miałaby się tym chwalić, skoro przebywali sami pomiędzy czterema drewnianymi ścianami, kołyszącą się podłogą i skrzypiącym dachem ilekroć któryś z handlarzy przechodził nad ich głowami. Paradoksalnie ten gest w wykonaniu Annie okazał się dla chłopca zgubny, jednak kiedy demonica go powtórzyła Terence odzyskał część przytomności umysłu. Przypomniał sobie dlaczego godzi się na to wszystko, na ten ból i strach. Dla różowowłosej kobiety, właściwie dziewczyny jeszcze, odzianej w męskie ubrania i uśmiechającej się tak szczerze i niewinnie, że nawet w chwili takiej jak ta sama myśl o tym uśmiechu była dla Terenca ogromna ulgą.
Skupił się na obrazie tego uśmiechu w jego wyobraźni kiedy poczuł piekący ból za lewym uchem i zobaczył, że nad obojczykiem Charlotte pojawia się szkarłatny znak. Starał się to od siebie odsunąć i skupić tylko na uśmiechu, serdecznym i szczerym. Tak jak każdy kto zanurza się w Styksie, mitologicznej rzece zmarłych wspomnień i odrzuconych marzeń przez którą muszą przeprawiać się dusze, musi skupić się na jednym, najsłabszym punkcie swojej świadomości wiążącym go z resztkami człowieczeństwa aby piekące wody nie rozerwały delikwenta tak Terence w tym momencie całą siłą woli przelał na wpatrywanie się w obraz wyobraźni, dzięki któremu widział uśmiech Annie. Po kąpieli w Styksie jest się niczym Achilles, niepokonanym i odpornym na wszelkie rany, oraz związanym ze swoją największą słabością, która jest wyrokiem śmierci. Tak właśnie czuł się w tej chwili Terence, jak po kąpieli w żrących wodach, które zamiast go rozerwać, wtopiły w niego obraz Annie tulącej go i mówiącej: „Będzie dobrze… synku.”
Spojrzał na demony ledwo widzącym wzrokiem, zmęczony i przerażony. Dłuższą chwilę zabrało mu skrystalizowanie nieuchwytnej myśli do tego stopnia, aby był w stanie ją wyszeptać zamykając oczy:
- Nie… Nie pozwólcie zrobić Annie żadnej krzywdy. Zabijcie na statku… każdego kto choć raz ją tknął lub zamierza - widząc kolejne obrazy, które sprawiły, że się tu znalazł znów zadrżał. Ze strachu, złości i czystej nienawiści, aż musiał otworzyć oczy. - Zabijcie każdego gada na tym statku - warknął zgrzytając zębami.
_________________
"Wymagam od miasta, w którym mam mieszkać, asfaltu, kanalizacji, klucza od bramy, ciepłej wody. Dowcipny i kulturalny jestem sam."
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Ningyo

On-anime.pl



Projekt K7 M&A | http://k7.ubf.pl


Styl i grafika zedytowane przez Ciela Phantomhive. Uprasza się o nie kopiowanie.
Kuroshitsuji. Yana Toboso.
Strona wygenerowana w 0,22 sekundy. Zapytań do SQL: 12